Warsztaty krawieckie (Schneiderei) w KL Stutthof

Naparstek znaleziony na terenie Muzeum Stutthof

W zbiorach Muzeum Stutthof znajduje się niewiele eksponatów świadczących o ciężkiej pracy więźniów. Czasami jedynym świadectwem są małe przedmioty, jak naparstki, które pochodzą z warsztatów Schneiderei.
W warsztatach Schneiderei pracowało średnio ponad 100 więźniów. Swoją pracę opisuje Stefan Dudziński: … skierowano mnie na komando Schneiderei, gdzie były przygotowywane sorty mundurowe dla Wehrmachtu. Szyliśmy spodnie, mundury, płaszcze dla wojska. […] Baraki, w których mieściły się warsztaty DAW były numerowane. […] Te baraki były odgrodzone od innych. Przechodziło się przez specjalną bramę do tej części obozy, gdzie one stały. Były odgrodzone drutem kolczastym. Poza tymi warsztatami od strony wschodniej nie było ogrodzenia, bo myśmy dochodzili tamtędy do krematorium i do komory gazowej, przy których stawały pociągi. […] W takim pociągu jeden lub dwa wagony były załadowane mundurami zniszczonymi przez wojsko na froncie. Te mundury przenosiliśmy na ramionach do naszych magazynów, bezpośrednio z wagonów. […] Produkcja w Schneiderei zaczynała się od tego, że był zespół krojczych, który w magazynach miał sukno mundurowe i płaszczowe, które oni kroili. Z kolei pokrojone elementy szły na maszyny. Ludzie z tego zespołu szyli spodnie, mundury. Później uszyte części mundurów szły do „wykańczaczy” ręcznych, którzy przyszywali guziki, haftki. I na końcu taki mundur szedł do prasowaczy, którzy na stojąco 12 godzin dziennie pracowali, prasując te sorty mundurowe.
Oddział kobiecy w 1943 r. zatrudniał 30 osób, później około 50 – 70 więźniarek, które pod kierownictwem Ludwiki Stenzel zajmowały się reperowaniem mundurów wojskowych dostarczanych z frontu. Przycinały łaty, dopasowywały ich do dziur w mundurach i zszywały rozdarte mundury na maszynach. Według dziennych norm każda z kobiet musiała naprawić od 15 do 20 mundurów. W okresie dużego nasilenia prac, wprowadzano nocne zmiany. Wspomina o tym Jadwiga Knapińska: W początkach lipca dostałam stałą pracę w warsztatach DAW – w szwalni. I tam pracowałam do końca mego pobytu w Stutthofie. Pracowało tam dużo kobiet, samych maszyn do szycia było 300. W szwalni szyłyśmy nową i reperowałyśmy zniszczoną odzież wojskową – mundury. Każda z nas miała wyznaczoną funkcję – ja pracowałam przy reperacji odzieży przychodzącej z frontu. Gdzie była dziura musiałam na około wykroić uszkodzony materiał i przyfastrygować nowy kawałek materiału. Dzienna norma dla mnie wynosiła 15 – 20 mundurów.
Jak pisze inna więźniarka, Maria Klosak-Reiter, w Schneiderei: Była praca taśmowa. Jeśli n.p. były dziury na rękawach, to te panie, które były krawcowymi z zawodu, przycinały łaty, dopinały je do dziur i następna grupa kobiet dostawała to na maszyny i zeszywała. Ja, n.p. reperowałam zniszczone dziurki na guziki, na specjalnej maszynie. Był okres, kiedy pracowałyśmy nocą, bo było duże nasilenie pracy. Trwało to przez trzy miesiące.
Jedną z pracujących w tym komandzie była również Zofia Pałasz: Praca w szwalni trwała od godziny 6 rano do 11,30 i po przerwie obiadowej od godziny 13,00 do 18,00. Przez jakiś czas były też zmiany nocne, ale nie trwało to długo – najwyżej kilka miesięcy. Praca była taśmowa. Szyłyśmy nowe mundury i reperowałyśmy stare mundury dla wojska. Każda z nas miała swoja normę, którą musiała wykonać.[…] Były maszyny, początkowo zwykłe, później elektryczne.
O warunkach panujących w tym komandzie wspominają duńskie więźniarki, Helge Larsen i Ragnhild Andersen: W szwalni łatano i zszywano wszystko to, co w obozie nazywano odzieżą, a co w rzeczywistości było tylko szmatami i łachmanami. Szwalnia była prawdziwą wszalnią. Pchły rozgniatałyśmy całymi dniami, ale to był tylko drobiazg. Przyzwyczaiłyśmy się do tego. […] Dzień pracy w szwalni był nieskończenie długi, ale posiadał jedną zaletę. Miałyśmy tu okazję do małego „organizowania”. Mogłyśmy na przykład szyć ze starych szmatek podwiązki, paski i chusteczki, a to było dla nas wielką korzyścią.

Pomimo to, jak n.p. podaje Maria Klosak-Reiter, pracując: w Schneiderei dostawałyśmy „zulagi” (zulaga - dodatkowa porcja żywności). Raz na tydzień każda z nas po kolei dostawała kawałek chleba posmarowanego wątrobianką. Przy rozdzielaniu „zaulagi” wśród pracujących więźniarek panowała wzajemna solidarność, o czym pisze Maria Liberacka: W Schneiderei dostawałyśmy „zulagi”, ale było ich niewiele i panowała u nas taka zasada, żeby każda z nas dostała w swoim czasie tę dodatkową porcję chleba. Pamiętało się, kto dostał „zulagę” ostatnio i następnym razem inne osoby dostawały chleb. Tak, że każda z nas kolejno dostawała swój przydział.
Inną zaletą pracy w tym komandzie był kontakt z innymi więźniami. M. Klosak-Reiter wspomina, że: Pracując w Schneiderei miałyśmy kontakt z mężczyznami, którzy również pracowali w tych warsztatach. Mężczyźni przynosili nam mundury do naprawy, a w tych przynoszonych przez nich mundurach znajdowały się listy, wiadomości polityczne o wydarzeniach w Polsce i na całym świecie, wiadomości lokalne z biura politycznego, wiadomości lokalne z biura politycznego [Politische Abteilung] wiadomości osobiste. My, idąc do pracy w Schneiderei przenosiłyśmy skarpety, rękawiczki, które dostawałyśmy z Flickkammer, a także wiadomości. Te wszystkie rzeczy wkładałyśmy w wyreperowane przez nas mundury, które znowu mężczyźni od nas zabierali. Były to sprawy bardzo ważne, bo pomagały przetrwać w obozie.

(dd, ach, wl)
(opracowano na podstawie relacji więźniów KL Stutthof znajdujących się w zbiorach Archiwum Muzeum Stutthof)

Fragment planu KL Stutthof sporządzonego przez inżyniera, byłego więźnia KL Stutthof, Bolesława Waniorka, w 1946 r. W drugim rzędzie baraków, naprzeciwko hal DAW zaznaczona -szwalnia-

Przepustka uprawniająca do przejścia do warsztatów Schneiderei

Życzenia świąteczne przekazane przez więźniów z męskiego oddziału Schneiderei dla więźniarek pracujących w Schneiderei II (oddział kobiecy)

Wykaz zatrudnienia w poszczególnych komandach istniejących w KL Stutthof z 31 marca 1943 r.