Obóz ewakuacyjny w Rybnie

obraz Józef Łapiński, „Marsz Śmierci” – ze zbiorów Muzeum Stutthof

Więźniowie KL Stutthof, wyruszając w styczniu 1945 r. na trasę tzw. „Marszu Śmierci”, którego wizję ukazał w swoich dwóch obrazach Józef Łapiński, bezpośredni uczestnik ewakuacji KL Stutthof, na początku lutego docierali do różnych obozów ewakuacyjnych. 4 lutego 1945 r. więźniowie z VI kolumny, po przebyciu przez 11 dni ok. 140 km zostali umieszczeni w obozie RAD w Rybnie. Największym wówczas wrogiem dla ocalałych więźniów był głód. Otrzymywane racje żywnościowe były niewystarczające, dlatego w różny sposób proszono okoliczną ludność o paczki żywnościowe, o czym w swojej relacji pisze Jan Gajda:
Śnieg pokrył grubą warstwą umęczona polską ziemię, temperatura podobno dochodziła do trzydziestu stopni poniżej zera. Trudno było dalej wędrować.[…]Leżeliśmy w chłopskich stodołach.[…] Dokuczał głód. Każdy myślał tylko o tym, czym można by wypełnić pusty żołądek. Za stodołą więźniowie odkryli kopiec z brukwią. W ciągu trzech dni przestał istnieć.[…]
Gdy pogoda nieco się poprawiła, ruszyliśmy w dalszą drogę. Raz pilnowali nas więcej, innym razem mnie. Więźniowie byli coraz słabsi. Nie mógł maszerować już i Tadek Domański. Rzucił jeden koc, który zabrał z obozu, potem drugi, ale niewiele mu to pomogło. Gonił ostatkiem sił. Ująłem go pod rękę i prowadziłem na zmianę z innymi towarzyszami niedoli. Na szczęście był to ostatni dzień marszu.
Przeszliśmy „korytarz gdański”,[…]. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Rieben, dzisiejsze Rybno, w powiecie Lauenburg, dzisiejszy Lębork. Schronienie znaleźliśmy w barakach dawniejszej organizacji Hitlerjugend.[…]
Kartki z prośbą o pomoc żywnościową z obozu w Rybnie, podarowane do zbiorów Muzeum Stutthof przez Józefa Matynię
Niemcy nie mieli żywności. Z wyżywieniem było źle. Otrzymywaliśmy wprawdzie litr zupy dziennie, ale było to woda z kilku rozgotowanymi włóknami koniny, kilkunastu ziarnkami kaszy o barwie czerwonych buraczków. Stałe cząstki w litrze zupy nie wynosiły więcej niż 1-2 łyżki zawiesiny. Było wielkim wydarzeniem, jeżeli znalazła się tam cząstka czerwonego buraka.
Głód dokuczał niemiłosiernie. Dotychczas słyszałem od innych, że „latały im mroczki”, że byli pijani z głodu, a teraz sam tego doświadczyłem.[…]
W tym okresie, w czasie ogromnego głodu, zachodziła pilna konieczność skontaktowania się z miejscową ludnością w celu otrzymania od niej pomocy. Wystawaliśmy koło drogi, którą przechodzili cywilne osoby tuż za drutami obozu. Wystawaliśmy w takiej nadziei, że może ktoś rzuci kawałek chleba. Czasem rzucali. Takie szczęście i mnie kiedyś spotkało. Przechodząca kobieta rzuciła mi około kilograma chleba. Uszczęśliwiony chwyciłem go i chciałem biec do towarzyszy, podzielić się z nimi. A tu niespodziewana przeszkoda! Na drodze do baraku spotkałem postać wysokiego Rosjanina, który bez namysłu rzucił się na mnie. Wywiązała się szamotanina. Wzywam pomocy, ale nikogo nie ma w pobliżu. Napastnik odebrał mi chleb. Pozostało go tyle, ile mogło się pomieścić w zaciśniętej dłoni. W obozie zawsze zwyciężał silniejszy. Podobnie jak w życiu.
Kartki z prośbą o pomoc żywnościową, kopie podarowane do zbiorów Muzeum Stutthof przez byłego więźnia KL Stutthof, Antoniego Wojtczaka
Z czasem wpadliśmy na inny sposób zdobywania żywności. Wypisywaliśmy nasze nazwiska wraz z numerami obozowymi na karteczkach papieru, które rzucaliśmy przechodniom, idącym drogą obok obozu. Skutek był taki, że zaczęły nadchodzić przesyłki żywnościowe od okolicznej ludności. Różnej jakości byłe te przesyłki i świadczyły o tym, że wsie były również wygłodzone. Często zamiast chleba w paczkach znajdowaliśmy gotowane kartofle – „w mundurkach”. Ale te kartofle ratowały nasze życie. Świadczyły one o gorących sercach ludzi, którzy dzielili się z nami, czym mogli – resztkami swoich zapasów.
Niestety nie znamy naszych dobroczyńców.[…] Niemcy zdzierali adresy zwrotne i w skutek tego nie wiemy, komu mamy złożyć słowa wdzięczności za opiekę. Niechaj zatem niniejsze wspomnienia staną się wyrazem podziękowania dla ludności okolic Rybna w powiecie Lęborskim.
W łowickiej grupie panowała solidarność. I wzajemna pomoc koleżeńska. Wspólnie rzucaliśmy kartki z adresami, wspólnie korzystaliśmy z owocu tych zabiegów. Jeżeli ktokolwiek otrzymał paczkę, natychmiast rozdzielał otrzymaną w niej żywność wśród wszystkich, najbliższych swoich kolegów.
Przeżyliśmy jeden taki niezapomniany dzień, w którym każdy z nas otrzymał paczkę, a ktoś nawet dwie. Wówczas wyjęliśmy wszystek prowiant i rozdzieliliśmy go „po równo”.
Gdy ktoś otrzymał paczkę, trzeba go było ubezpieczać w drodze do baraku, aby mu jej nie odebrano, zdarzały się bowiem napady wygłodniałych ludzi. Zaistniał nawet wypadek, w społeczności obozowej nie spotykany, że jeden z więźniów ukradł koński kotlet, przeznaczony dla esesmanów. Po prostu, gdy z kuchni kotlety przenoszono na tacy do baraku wartowników, podszedł, chwycił w garść i połknął. To było zuchwalstwo, na które mógł się zdobyć tylko straceniec. […]
Gdy zrobiło się cieplej i śniegi zaczęły tajać, rozpoczęły się prace ziemne przy budowie okopów i schronów.[…] W pobliżu linii okopów znajdowały się kopce z ziemniakami. Długie obficie zaopatrzone kopce! Czasem niektórym, odważniejszym więźniom udawało się wygrzebać kilka ziemniaków. Wachmani krzyczeli i odpędzali. Odbywała się zabawa w „ciuciubabkę”. Ale pewnego razu pojawił się młody Niemiec, nastawiony jeszcze bojowo i stało się nieszczęście. Do kopca podbiegł wygłodzony więzień z transportu warszawskiego. Jeszcze nie zdążył zagłębić ręki w kopcu, gdy rozległ się głośny krzyk tego właśnie bojowego wachmana. Więzień pędem zaczął wycofywać się. Wachman jednak spokojnie podniósł karabin, wycelował i wystrzelił. Trafiony więzień upadł na ziemię, po czym uniósł się na kolana i ręce, próbując powstać. Wtedy Niemiec wystrzelił powtórnie. Głowa zabijanego gwałtownie cofnęła się ku tyłowi, drgnęło całe ciało i więzień upadła. Wierny sługa Hitlera podszedł jeszcze do niego i oddał dalsze trzy strzały.

Więźniowie przebywali w obozie w Rybnie do 9 marca 1945 r. Łącznie w ciągu pięciu tygodni funkcjonowania obozu w Rybnie zginęło ok. 800 więźniów. Przy życiu pozostało ok. 500 więźniów, z których 350 w miarę zdolnych do marszu 9 marca ponownie ewakuowano do Pucka. Tego dnia wieczorem do Rybna wkroczyły wojska sowieckie.

(dd, ach, wl)

(Józef Gajda, Wspomnienia ze Stutthofu. Więzień nr 36 104, maszynopis w AMSt)