Boże Narodzenie w obozie koncentracyjnym

Kartka wykonana przez nieznanego więźnia KL Stutthof, znaleziona w jednym z baraków po wyzwoleniu obozu

Jak pisze w jednym z grypsów, przekazanych do zbiorów Muzeum Stutthof, była więźniarka KL Stutthof, Helena Chrzanowska, każde kolejne święta Bożego Narodzenia przeżywane przez więźniów w obozie koncentracyjnym niosły ze sobą nowe nadzieje: Tyle razy oczekiwane, tyle razy przeżywane, a jednak z niemalejącą z latami – jakąś niepojętą, prawie dziecinną tęsknotą i lękiem oczekiwane Święta.
Ile Świąt, tyle życzeń! Ile Świąt tyle nowych nadziei. I choć przynoszą również tyle rozczarowania i nieziszczonych życzeń, niemniej mają w sobie jakąś dziwną, prawie cudowną moc stworzenia w nas psychicznej myśli czynów wieli, olśniewającej znowu promieniem nadziei, tem jaśniejszem, im na głębokiej oparte wierze w Boga, w przyszłość i we własne czyny!

Pierwsze: Święta Bożego Narodzenia 1939/1940 [jak wspomina Ignacy Joachimiak] spędziliśmy w nastroju strasznego przygnębienia. Jedzenie, które wydano nam w święta, nie różniło się niczym od normalnych racji obozowych. Otrzymaliśmy tylko wodę i brukiew. Te trzy dni świat były wolne od pracy w obozie. Próbowaliśmy śpiewać kolędy, ustawiliśmy jakąś choinkę. Przyszło trzech esesmanów i zapytali, czy umiemy śpiewać po niemiecku. Nasz kapo, który był dobrym człowiekiem i często nam pomagał, np. ostrzegając nas przed esesmanami, powiedział im, że umiemy śpiewać i po niemiecku. Kazali nam śpiewać „Cichą noc”. Zaśpiewaliśmy. Byli zadowoleni i zostawili nas w spokoju.
Już święta obchodzone w 1943 r. znacznie się różniły od poprzednich, zmiany na froncie wschodnim dodawały więźniom otuchy: Do samych świat Bożego Narodzenia, które spędziliśmy bardzo uroczyście, panowała cisza. Wieczorem w ambulatorium zestawiono stoły, za którymi zasiadł prawie cały personel Rewiru[ wspomina Lech Duszyński]. Były wzniosłe przemówienia. Atmosfera jak najbardziej patriotyczna. […] Byliśmy w dobrych nastrojach. Na froncie sprawy przyjmowały z dnia na dzień coraz lepszy obrót. W rok po klęsce stalingradzkiej hitlerowcy musieli mieć swoje powody do obaw o zwycięstwo. My zaś, przeciwnie, byliśmy jak najlepszej myśli. Przeczuwaliśmy, że koniec nie będzie należał do łatwych , ale wierzyliśmy w rychłe zwycięstwo sił alianckich.
Jakże inny charakter miały święta obchodzone przez więźniów w 1944 r. Bronisław Gawroński, pisze, że: Wobec zbliżających się świąt Bożego Narodzenia zorganizowałem 8-osobowy chór męski wprowadzając do programu kolędy. Wigilię spędziliśmy w uroczystym nastroju. Odwiedziliśmy wszystkie sale szpitalne, gdzie po krótkim przemówieniu ks. Sylwestra [ ks. Sylwester Niewiadomy], śpiewaliśmy po kilka kolęd, powodując wzruszenie chorych słuchaczy, łącznie ze łzami. Nasze kolędy doszły do uszu dyżurującego esesmana, który otworzył nam bramę sąsiadującego rewiru [szpitala obozowego] żeńskiego, pozwalając nam na przejście. […] W czasie przemówienia księdza słychać było ciche szlochy. Kiedy jednak zaintonowaliśmy „Lulajże Jezuniu”, wszczął się gremialny ryk, który udzielił się również nam, powodując zakończenie śpiewu.
W obdarowywanych z okazji świąt kartkach przekazywano sobie życzenia, czasem w formie wiersza, w których zawierano cała tęsknotę za wolnością i bliskimi:
W tę cichą wigilijną noc
Zapomnijcie o krwawym znoju
Przyjmijcie mych życzeń moc
Życzeń szczęścia i pokoju.
Spójrzcie, jak na boskim niebie
Dwie gwiazdki się żarzą.
Drogie serca, tak blisko siebie
Zawsze o sobie marzą.
Spójrzcie w srebrzystą nocną dal
Gdzie kolczaste druty lśnią
Tam tęsknota, smutek, żal,
Swe skargi dziś do żłóbka ślą.
Przyjdź o Jezu Betlejemski
Dziś do nas ze swej stajenki,
I pociesz wierny Ci lud
Bo cierpi niewolę i głód

O sile świąt, wywołującej u więźniów czyny, które w warunkach obozowych urastają do rangi czynów heroicznych, wspomina Witold Nowicki: Nadeszły święta, a wraz z nimi parodniowa przerwa w pracy. Na placu stała choinka. Wśród nas, Polaków, nastroje religijne łączyły się z patriotycznymi […]. Powszechnie czuło się narastające napięcie, wywołane oczekiwaniem wydarzeń, które niebawem miały nastąpić.
Pamiętam wieczór wigilijny. Byłem wtedy na bloku 15. Zebraliśmy się w jednej Sali jadalnej w liczbie kilkudziesięciu więźniów – sami Polacy. Na Sali stało pianino. Ktoś zasiadł przy nim, zaczął grać kolędy. Wtórowaliśmy mu śpiewem, najpierw tylko cicho mrucząc, a potem głośniej. Nikt nie przeszkadzał – Niemcy też świętowali ten dzień.
Po pewnym czasie ktoś z nas wstał, zbliżył się do pianina, wskazał gestem, że chce grać, ustąpiono mu miejsca. Siadł. uderzył w klawisze i śmiało wydobył z nich akordy :”Oto dziś dzień krwi i chwały…”. Zrobiło się jakoś straszno, ale jednocześnie przeżyliśmy coś wspaniałego! A jednak jesteśmy żywi i czujemy tak, jak dawniej: Nieśmiertelność Polski!
Przebrzmiała „Warszawianka”. Grający wstał i spokojnie odszedł od pianina.

(dd, ach, bl)
(oprac. na podstawie relacji i wspomnień więźniów KL Stutthof, masz. w AMSt,)

Kartka wykonana przez nieznanego więźnia KL Stutthof, znaleziona w jednym z baraków po wyzwoleniu obozu
Fragment grypsu napisanego przez Helenę Chrzanowską w obozie