Wyżywienie w obozie koncentracyjnym

foto

Głównym warunkiem przetrwania w obozie koncentracyjnym było odpowiednie wyżywienie. Racje obozowe były tak wyliczone, żeby długość życia więźnia nie przekraczała trzech miesięcy. Nigdy też otrzymywane porcje żywieniowe nie odpowiadały oficjalnym danym. Dlatego jakakolwiek dodatkowa działalność więźniów, nie związana z oficjalnym regulaminem, czyli nielegalna produkcja różnego rodzaju przedmiotów, uprawianie sportu, czy zdobycie odpowiedniego stanowiska w biurach obozowych, nie była celem samym w sobie, służyła przede wszystkim jednemu celowi – zaspokojeniu głodu.

Jak wspomina Helena Jarocka, więźniarka osadzona w KL Stutthof w 1942 r.: „Głód to wielka siła. Trudno było myśleć o innych sprawach, niż jedzenie. Cóż może człowieka łatwiej załamać, jak głód i groza?. A przy tym dawano głodowe porcje żywnościowe. Zupa z przegniłej brukwi, kiszonych buraków, spleśniałe małe porcje chleba. Zawsze byłyśmy głodne” .

Balis Sruoga, litewski „więzień honorowy” w swoich wspomnieniach „Las Bogów”, wspomina, że: „Więźniowie Stutthofu otrzymywali zgodnie z tym, co głosiły oficjalne dokumenty, obozową normę wyżywienia w granicach od 1000 do 2000 kalorii. […] Ale więzień Stutthofu nigdy nie otrzymywał w całości swojej nędznej porcyjki”.
Roch Kleszcz, więzień obozu Stutthof od 1939 r., wspomina, że: „Jeden chleb na osiem osób, kolacja i śniadanie – czarna kawa (lura) i obiad – kapusta, buraki, ziemniaki jak dostaliśmy, to było wielkie szczęście”,
„Według urzędowych wyliczeń, [według Balisa Sruogi - osadzonego w KL Stutthof w marcu 1943 r.] bochenek chleba należało dzielić na dziesięć do dwunastu kawałków. Ale kto zabroni funkcyjnym dzielić na dziesięć do dwunastu kawałków?”

fotoPotwierdza to Stefan Rytczak, więzień obozu od 1939 r.: „Na śniadanie otrzymywaliśmy jeden chleb, który ważył 1,8 kg. Dzielono go na 14 osób, a wieczorem na 12 osób. Do tego pół litra kawy. Na obiad dostawaliśmy wodnistą zupę. Trzeba było kolejno podchodzić i uważać, aby nie rozlać zupy, bo można było oberwać od blokowego, który rozdawał jedzenie. Jedliśmy z misek, które używaliśmy zarówno do zupy, jak i do kawy. Jeżeli chodzi o paczki, to można było otrzymać jedną paczkę o wadze dwóch kilogramów w miesiącu”.

Inny więzień osadzony w obozie Stutthof 1939 r., w Edmund Nitkiewicz, pisze, że „W tym czasie w obozie było 1500-2000 więźniów i stale przybywały nowe transporty. Wyżywienie składało się z zupy rzadkiej, bez tłuszczu, w ilości ½ - ¾ litra, przy tym najgorzej było z miskami i naczyniami. Do jedzenia służyły miski, pudełka blaszane itp. i to w ilości 1 na dziesięć osób. O łyżkach nie było mowy. Naczynia wędrowały z rąk do rąk i to w szybkim tempie. Polegało to na tym, że trzeba było natychmiast wypić zupę, bo już ręka sąsiada trzymała za krawędź naczynia i naczynie zmieniało właściciela i tak dalej. Pośpiech przy nalewaniu zupy sprawiał, że często zupa nie trafiała do naczynia i była przelewana obok. W takim wypadku otrzymywało się kijem po głowie i było już po obiedzie. Na kolację dostawaliśmy ½ kg spleśniałego chleba, co spowodowało zaburzenia żołądkowe, a następnie krwawą dyzenterię. […] Rano i wieczorem otrzymywaliśmy czarną kawę, czasem kostkę margaryny wielkości kostki cukru”.

Mimo, że, jak pisze B. Sruoga: „Później, począwszy od drugiej połowy 1943 r., wyżywienie nieporównanie się polepszyło, ale i wtedy było ono warte funta kłaków”.

Potwierdzeniem tego są słowa Kazimierza Wojciechowskiego – więźnia KL Stutthof od sierpnia 1944 r.:„Wyżywienie było w obozie nędzne. Zupy gotowano na zmarzniętej marchwi, buraków pastewnych czy liści kapuścianych. Ziemniaków w tej lurze nie było. Czasem dla odmiany dano nam coś, co przypominało nam wodę z mąką. Była to prawdopodobnie mąka z kasztanów. Takiej lury każdy dostał po ¾ l zupy na obiad. Mięsa, czy tłuszczu w tej lurze nie było. Jedyny tłuszcz, jaki otrzymywaliśmy, to kawałeczek margaryny. Czasami dostaliśmy porcyjkę zepsutego sera topionego lub łyżkę marmolady z piaskiem, do tego kawałek suchego chleba”.

Także osadzony w KL Stutthof w 1944 r. Mieczysław Kuchta, pisze, że: „Zupa była przeważnie z buraków, brukwi lub liści kapusty, tylko od czasu do czasu trafił się komuś jeden kartofelek. Najgorszym wyżywieniem były buraki. Sypano je do kotła w całości, nie obrane i jak się rozgotowały, to robiła się z tego taka czarna gęsta zawiesina, bardzo niesmaczna, od której często dostawało się krwawej dyzenterii. […] Pamiętam, jak otrzymałem pierwszą paczkę od siostry. W paczce tej był chleb, tłuszcz – to było najbardziej w obozie potrzebne. Była to pierwsza paczka, jaka przyszła do kogoś z naszego bloku. Podzieliłem się więc jej zawartością z kolegami, tak że zjedliśmy wszystko za jednym razem”.

Jak podaje Balis Sruoga: „Począwszy od 1943 r., więzień mógł otrzymać raz w miesiącu paczkę, a później nawet raz w tygodniu. W 1944 r. ciężar i liczba paczek nie były objęte przepisami. [..] Niektóre paczki były wyjątkowo zasobne. […]”.

Jednak nie cała zawartość paczki trafiała do odbiorcy. Bronisław Gawroński, więzień KL Stutthof od 1943 r. wspomina, że: „Dla uniknięcia represji ze strony obsługi, więzień otrzymujący paczkę obowiązany był przedstawić ja bezpośredniemu przełożonemu (blokowy, kapo, w szpitalu pfleger), który wybierał według uznania część zawartości, odpowiadającej jego potrzebom. Pozostawiał przeważnie kawałek chleba. […] Fakt otrzymywania paczek stawał się warunkiem powodującym względy przełożonych, którzy od tej chwili postanawiają oszczędzać więźnia, ograniczając jego bicie i stosując wyróżnienie przy wydawaniu posiłków – gęstszych, tłustszych – w warunkach szpitalnych było o tyle lepiej, że przełożony był tylko jednej – pfleger. W obozie właściwym natomiast w miejscu wydawania paczek stała cała gromada przełożonych, jak blokowi, szrajberzy [Schreiber – pisarz obozowy], kapowie, którym trzeba było okazać zawartość paczek i w grzecznej formie prosić o przyjęcie poczęstunku”.

Potwierdza to inny więzień, Leon Sieradzki, że: „Dygnitarzom blokowym oddawało się najwartościowsze rzeczy z otrzymywanych spoza obozu paczek. To był zwyczaj, którego oni przestrzegali, a więźniowie dzielili się z nimi w nadziei, że nie będą szykanowani”.

(Opracowano na podstawie wspomnień i relacji znajdujących się w maszynopisie w Archiwum Muzeum Stutthof oraz wspomnień Balisa Sruogi, Las Bogów.)
(dd, ach, wl)