Opowieść wigilijna

foto

„Niedziela. Dzień wigilijny… Mróz odmalował kwiaty na szybach. Słońce zaróżowiło się daleko na wschodzie. Wolno wstaje poranek… Już szósty raz będę spędzał tę Gwiazdkę w obozie, szósty raz… Te pięć lat niewoli minęło jak sen. Tak bardzo szybko. Nie chcę oglądać się w tył, bo tam za mną wszystko się krwawi, tam za mną tylko krzyże i krzywda… Tam za mną pole usiane jest trupami niewoli moich braci… Czyż takie wspomnienia mogą mi przynieść spokój i nastrój świąteczny? Tam daleko jest moja rodzina, tam gdzieś jest moja matka…i tu blisko moja mała, ukochana Reny… Jakże inaczej wygląda dziś ta Gwiazdka… Jakże jest bardzo bolesna! Obóz. Tysiące wynędzniałych ludzi, tysiące zgłodniałych szkieletów, tysiące bijących serc… Jakie to wszystko jest okropne! Staram się nie myśleć o tym, ale każde miejsce, każdy ciemny kąt ma tutaj swoją tajemnicę i to wszystko mówi naraz, to wszystko szlocha, krzyczy!... Nie mogę przejść obok tego spokojnie. Ja przecież to tak czuję… Idziemy do pracy. Piętnastu nas jest. Chociaż spojrzę przez okienko, może mi lżej będzie… Piękny mroźny poranek. Wszędzie pusto. Wymarła ulica. Nastrój zupełnie przedświąteczny. W spokoju zachodzimy na miejsce. Wigilia minęła. Smutny to był wieczór i pisać o nim nie warto. Kiedyś za lat dziecięcych inaczej było, ale o tym dziś wiedzieć nie chcę. Dziś chcę, żeby te święta prędzej minęły, żeby prędzej dni biegły… […]Wigilia, piękna radosna niegdyś chwila, dziś tyle bólu i łez przynosi. Bo przecież tu wałęsa się tysiące nędznych ludzi, którzy stracili wszystko, co mieli najdroższego w życiu, tu się wałęsa tysiące wynędzniałych cieni… I cóż mi im dać możemy, cóż za wigilię im sprawimy, o ile my starzy już tu nic nie mamy, nawet opłatka… Podzielimy się więc przy wieczerzy chlebem i sercem… Podzielimy się jedną polską myślą i odzewem, który nas nigdy nie opuści! Trzeba do nich przemówić! Mowę już mam napisaną. Może moje słowa trafią im głęboko w dusze, może podzielą swoje serca z drugimi…[…] Będę mówił. Może ta rzesza ludzi zaspokoi się słowem moim, a może szlochem wybuchnie, może zapłacze rzewniej… A ja nie chciałbym im bólu sprawić! Sam jestem dziś do niczego. Sam siebie zrozumieć nie mogę. Sam z sobą walczę o spokój! Nie mogę…Nie mogę zapanować nad sobą, żeby stłumić szloch… […] Zbliża się wieczór. Już gwiazdka błysnęła na niebie. Spokój panuje tak uroczysty. Pora na mnie. Mówię! Słowa sypią się jak skry spod kowadła, trafiają jak lodowate serca i czuję, widzę to, jak to serca topnieją, jak serca zaczynają bić szybciej! Z każdym uważniejszym słowem wyrywa się mocniejszy szloch… tyle różnych twarzy, tyle różnych serc – ja jednak w dzisiejszy wieczór te serca biją wspólnie, biją razem! Te serca przysięgły bić dla wielkiej sprawy!. A gdy kończąc swój referat powiedziałem:…pamiętajcie, że my nie rzucim ziemi skąd nasz ród! Że walczyć o nią będziemy, a Bóg nam musi dopomóc! Wtedy już sala rozszalała się. Nie słyszałem oklasków, bo jakiś szloch wyrwał mi się z ust. Uciekłem w kąt. Zupełnie sam. Za jakiś czas znaleźli mnie koledzy. Poszliśmy na jadalnię. Tam nastąpiła wymiana życzeń. Cóż mi życzyć wypada? Wesołych Świąt! Tu tego nikomu nie powiedziałem, bo czyż one są lub mogą być wesołe? Wyszedłem na sypialnię. Wszędzie tak duszno. Przy otwartym oknie oparłem się i zamyśliłem… Niebo usiane gwiazdami. „Boże Narodzenie. Tam daleko przed lat tysiącem, w ciasnej i zimnej betlejemskiej stajence przyszło na świat Boże Dzieciątko… Tam narodził się król, co ludzi odkupić przyszedł… Ileż on wycierpieć musiał! Nasze cierpienia są znikome wobec jego przeżyć. I dziś jest jego noc…Dziś on przyjdzie znowu na ziemię w noc mroźną, gwiaździstą…A noc jest taka cudna! Jakaś niewysłowiona tęsknota ogarnęła serca ludzkie, jakaś gonitwa myśli hen w nieznane, tam na tę ziemię, gdzie duża betlejemska gwiazda wskazywała drogę do ubogiej szopki Trzem Królom Wschodu… I dziś świeci ona, ale jakże inaczej. Dziś wskazuje dolinę ludzkich łez i cierpień… I gdyby Chrystus chodził dziś po ziemi nie pozwoliłby tak się męczyć, zabrałby na pewno z sobą tych nędzarzy, co z taką radością oczekują jego przyjścia. Ale Chrystus przyjść nie chce! Zostawił swe dzieci, aby same swoją wolą sprawiły cud! Cudna gwiaździsta noc… „Lulajże Jezuniu! Lulajże, lulaj… - Choinka… Kolorowe światła, świeczki, lampki, łakocie, ciepły, duży pokój – rodzina. Jakie to wszystko dalekie. Czy wróci?... Tu trzeba mieć serce z kamienia i myśli ze stali! Tu trzeba wytrwać! Z wiarą w nowe jutro, z wiarą w nową Przyszłość! Wspomnienia tylko ból niosą, wspomnienia wyciskają łzy… Po co myśleć? Lepiej zapomnieć, zapomnieć, wyrzucić wszystko, co było w sercu z lat dawnych i zacząć twardo życie, brać je tak, jak ono przychodzi! Zahartować nerwy, przełamać swoją duszę i być tylko żołnierzem! Być tylko człowiekiem bez żadnej przeszłości, bez żadnych uczuć i skrupułów, być takim, jakim życie nas robi! I wytrwać! Za wszelką cenę wytrwać!”
(dd, ach)
(fragment listu z 1944 r. więźnia KL Stutthof, Leonarda Charewicza – kopia w zbiorach Muzeum Stutthof)