Kostki – urny z KL Mauthausen-Gusen, Różańce

foto

Obozy koncentracyjne były miejscem, gdzie wielu ludzi traciło wiarę w Boga. Zadawali sobie pytanie, jak Bóg mógł dopuścić do tak wielu zbrodni. Jednak dla części więźniów wiara i odprawiane potajemnie praktyki religijne stały się siłą motywującą do podejmowania walki o życie. Jak wspomina ks. Ludwik Bielerzewski, więzień obozu Gusen:„Praktyki religijne ograniczały się przede wszystkim do odmawiania pacierzy i to tych szczególnie, które znaliśmy na pamięć, a ponieważ nie ma chyba wierzących, którzy by nie znali modlitwy „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”, więc tez prawie każdy miał przy sobie „różaniec”. Pracownicy biur spinacze łączyli w jedną dziesiątkę, inni, a tych było najwięcej, zawiązywali na kawałku sznurka dziesięć pęczków. Byli i tacy, którzy ze swej nie wystarczającej do życia kromki chleba robili ziarnka, łącząc je sznurkiem w różaniec. Był też i niezwykły „Żywy Różaniec”, którego ziarnka tworzyli Polacy zrzeszeni w organizację podziemną. Mała kostka granitowa, w której znajdowały się prochy zmarłych kolegów, była legitymacją, a wręczał ją zaufanym proboszcz gusenowski jako ten, który najlepiej znał współbraci”.
Kostki-urny wykonano w 1944 r. z gusenowskich kamieniołomów, z drewna z obozowej szubienicy i z plastiku ze strąconego nad obozem amerykańskiego samolotu. W środku umieszczono prochy więźniów z obozowego krematorium.
W zbiorach Muzeum Stutthof znajdują się dwie kostki – jedną wykonaną z plastiku o wymiarach 8 mm x 8 mm x 8 mm, Muzeum otrzymało w 1969 r. w darze od byłego więźnia obozów koncentracyjnych Stutthof, Sachsenhausen i Mauthausen-Gusen, Floriana Wichłacza;- drugą kostkę o wymiarach 10 mm x 10 mm x 10 mm, pochodzącą z kamieniołomów, przekazała w 2009 r. córka byłego więźnia KL Mauthausen-Gusen, Henryka Wrzeszczańskiego, Pani Krystyna Giemza.
Albin Makowski, więzień KL Stutthof, wspomina swoje uwięzienie jeszcze przed przybyciem do obozu Stutthof: „Pobity i skatowany jeszcze dwukrotnie, raz do utraty przytomności, a drugi do silniejszego upływu krwi na skutek powstałych ran, znalazłem się wreszcie na kilkumiesięcznym odosobnieniu w celi dwuosobowej, gdzie jedyna pociechą był różaniec święty. Zrobiłem go sobie z kawałka sznurka, z trudem zdobytego, który starczył zaledwie na zrobienie jednej dziesiątki. Ufny w pomoc Bożą, zdążyłem jednego dnia grudniowego odmówić 11 różańców.[…] odmawiałem go kolejno po polsku, po łacinie, po grecku i nawet po esperancku…”.
Modlitwa różańcowa nie opuszczała go także po osadzeniu w KL Stutthof, gdzie: ”Wieczorem tegoż dnia znajomy wtłoczył mi do ręki swój różaniec, abym go mógł odmówić. Uczyniłem to chętnie. Wkrótce zdobyłem własny różaniec, który gorliwie odmawiałem do końca pobytu w obozie. 1 października utworzyliśmy z piętnastoma kolegami obozowymi „Żywą Różę”. Aby jeszcze gorliwiej poświęcać się modlitwie różańcowej, która okazywała się coraz skuteczniejsza, wywierająca na nas swój zbawiennym wpływ”.
W zbiorach Muzeum Stutthof znajduje się jeden różaniec wykonany ze sznurka i podarowany Muzeum w 1970 r. przez byłego więźnia KL Stutthof, Józefa Patzera oraz dwa wykonane z chleba. Jeden z nich w 1978 r. przekazał do zbiorów Muzeum Stutthof były więzień obozu Stutthof, Maciej Gwiazda, a drugi w 1981 r. przekazała Ludwika Stenzel, a wykonała go w obozie Teodora Kaczorowska.
W sytuacji, gdy codziennie ginęli ludzie, gdy, jak wspomina Włodzimierz Wnuk, często obserwowano, jak: „Ulicą wiodącą między barakami, szedł w naszym kierunku dziwny pochód. Sunęły ku nam białe, przeraźliwie białe widziadła.[…] Widma szły. W ciszy, wypełnionej grozą, zbliżały się ku nam krok za krokiem. Prześcieradła, okrywające niewidoczny kształty wlokły się na plac wolno, ociężale, posępnie, szumiały cmentarnym szelestem. Spod białych całunów wyzierały kościste, żółte kończyny. Wiatr rozwiewający płachty, odsłaniał zapadłe kotliny podbrzuszy i wysunięte naprzód wiązania żeber. W ponurej aureoli płócien płynęły ku nam twarze, na widok których chciało się mimo woli uczynić znak krzyża i wyszeptać: -W imię Ojca i Syna…-. Żywe twarze umarłych” – to, według słów ks. L. Bielerzewskiego: „Szansę przetrwania mieli przede wszystkim ludzie zdrowi, ale też nieugięci, zahartowani, przywykli do ludzkiego trudu.[…] Szanse przetrwania obozu mieli ludzie zaradni, umiejący sobie poradzić w różnych sytuacjach życia codziennego.[…]Szansę przetrwania mieli ludzie wiary: wiary w przyszłość, wiary w coś więcej niż jedno doczesne ludzkie życie” .


/dd, wl/
Opracowano na podstawie wspomnień:
-ks. Ludwik Bielerzewski, Ksiądz nie zostaje sam;
Włodzimierz Wnuk, Byłem z wami.