Pamiątki po pierwszych więźniach obozu Stutthof

foto

Pierwszymi więźniami obozu Stutthof, który swoją działalność rozpoczął 2 września 1939 r., byli przede wszystkim przedstawiciele polskiej inteligencji z Pomorza Gdańskiego, aresztowani już w pierwszych dniach II wojny światowej. Jednym z nich był ksiądz Alfons Muzalewski, katecheta w szkole Macierzy Polskiej w Gdańsku: „Pierwszego września 1939 r. obudziły mnie rano o godzinie 4.45 wystrzały. Spojrzałem przez okno i zobaczyłem, że na placu przed oknem strzelali SS-mani. Ci Niemcy wyważyli drzwi domu, w którym mieszkaliśmy z księdzem Rogaczewskim przy kościele Chrystusa Króla. Potem Niemcy weszli na drugie piętro, wyważyli drzwi naszego mieszkania i od razu żądali, żebyśmy się ubrali i poszli razem z nimi. Księdzu Rogaczewskiemu przyłożyli pistolet do piersi. Szliśmy z Niemcami ulicami Gdańska i z daleka słyszeliśmy detonacje z Westerplatte. Zaprowadzono nas do Viktoria Schule, gdzie był punkt zborny Polaków, aresztowanych w tym dniu. Byliśmy pierwsi, więc przyjęto nas bardzo spokojnie. Potem nadchodziły dalsze grupy aresztowanych Polaków z całego terenu gdańskiego. […] Już nieco później zjawiło się sporo SA-manów i SS-manów. Utworzyli oni szpaler i przez ten szpaler przepuszczano przyprowadzanych ciągle Polaków. Bito ich kolbami. […] Nastrój był dobry, wiedzieliśmy przecież, że Poczta się broni, że Westerplatte się broń. Dostaliśmy do rąk gazety niemieckie. W gazetach pisano, że aresztowano licznych Polaków dlatego, że podpalali, byli zbrodniarzami, napadali. Określano Polaków, jako zboczeńców itp. […]

Mnie przywieziono do Stutthofu zdaje się czwartego września. Jechaliśmy w dwóch autobusach, było nas około 100. […] Mówiono nam, że jedziemy na wypoczynek, że będziemy internowani. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, od razu otoczyły nas wrzaski i wprowadzono nas na teren obozu. Teren obozu był otoczony drutem, ale nie było jeszcze żadnego bloku. Stały tylko namioty. Były to namioty okrągłe, które przeciętnie mieściły około 10 osób. Było w nich zimno, bo w nocy były już przymrozki. W obozie zastaliśmy już innych kolegów, których wcześniej przywieziono. Prócz tego było sporo więźniów z więzienia gdańskiego, tzw. Schiesstange. Ci więźniowie w ciągu lata, tzn. w lipcu i w sierpniu 1939 r. przygotowywali teren pod obóz – wycinali drzewa i wyrównywali ziemię. Byli to Niemcy, którzy w więzieniu w Gdańsku odsiadywali swoją karę.
W pierwszych tygodniach istnienia obozu przystąpiliśmy do budowy drewnianych baraków. Budowali je przeważnie specjaliści, rzemieślnicy, ale wszyscy inni pomagali przy stawianiu tych bloków. Najpierw budowano te bloki, które stoją po prawej stronie od wejścia na plac obozowy (od strony południowej)”.


Jak podaje ks. Muzalewski, drugą, niezbędną grupą więźniów byli polscy rzemieślnicy, zwłaszcza cieśle i stolarze. Jako wykwalifikowani fachowcy, po przywiezieniu ich na wydzielony teren, zostali zatrudnieni przy budowie pierwszych baraków. 1 września 1939 r. aresztowany został Wacław Lewandowski, który początkowo pracował przy karczowaniu lasu, a: „Na wiosnę 1940 r. sprowadzono z Zarządu Miejskiego z Gdańska geodetę. Przyszedł z teodolitem czy niwelatorem i potrzebował zgodnie z obowiązującymi zasadami jakiegoś chłopaka, żeby mu łopatę trzymał. Zaoferowałem się do trzymania tej łopaty. […] Jak wyglądało projektowanie baraków? Neubauer [SS-Haupsturmführer Otto Neubauer – kierownik biura budowlanego w obozie Stutthof] wyznaczał, że barak będzie 8 metrów szeroki, krokwie takie, kleszcze, warstwa desek na dachu, pod posadzką lagry na słupkach, bo grunt tu był nie wytrzymały, takie metrowe słupki wkopywano w odstępie metra. Takie zasady, jak je Niemcy nazywali – doświadczalne. […] Chyba w połowie października powstały te pierwsze bloki – baraki, czyli jakieś cztery do sześciu tygodni mieszkaliśmy w namiotach.
Projektowanie odbywało się równorzędnie z budową. Tak się zaczęło i taki system przetrwał do końca. Neubauer, czy którykolwiek z esesmanów przychodził i mówił do mnie czy do Wiktora Dichmanna, czy któregoś z kolegów, że czeka stu, dwustu czy trzystu więźniów z łopatami, że ma być postawiony „eiskeller” (lodownia) czy barak mieszkalny tyle i tyle metrów szeroki i wysoki, że „prędzej”, żeby oni nie czekali. Wtedy trzeba było biec i na wariata zupełnie dać jakieś zajęcie tym ludziom, bo mogła być masakra, gdyby się to wszystko nie ruszało. W tym czasie drugi z nas zajmował się jakimś usankcjonowaniem i unormowaniem tego, co się już zrobiło, musiał dać jakieś wytyczne, jak robić i prowadzić, żeby coś z tego wyszło”.

Wśród niewielu pamiątek, jakie zachowały się po pierwszych więźniach obozu Stutthof, są fragmenty desek z baraków, na których więźniowie budujący je umieszczali swoje nazwiska z datami pobytu. Jednym z nich był Franciszek Czubek ze Starogardu Gdańskiego, który jak sam podaje, był czeladnikiem ciesielskim, aresztowanym 3 września 1939 r. Jako więzień obozu Stutthof pracował przy budowie pierwszych baraków. Czasami, w przypadku gdy nie zachowały się oryginalne dokumenty więźnia, jest to jedyny ślad po jego uwięzieniu w obozie Stutthof.


Napisy na deskach były umieszczane przez więźniów w miejscach niewidocznych dla esesmanów w obawie, że za taki czyn można było zostać surowo ukaranym. Odnaleziono je dopiero w 1983 r. podczas remontu baraków.