Obozowy pejcz

foto

Wśród przedmiotów pozostałych po funkcjonowaniu obozu koncentracyjnego Stutthof, wchodzących w skład zbiorów Muzeum Stutthof, znajdują się pejcze i bykowce – akcesoria, którymi władza obozowa utrzymywała ład i porządek.

Jak w swoich wspomnieniach pisze były więzień obozu Stutthof, aresztowany w ramach akcji likwidacji polskiej inteligencji na Pomorzu Gdańskim w październiku 1939 r. i przetrzymywany początkowo w Forcie VII w Toruniu, ksiądz Wojciech Gajdus: „Bicie i katowanie ofiar, udręczenie fizyczne i moralne były środkiem wychowawczym, zmierzającym do wytworzenia typu wiecznie drżącego i przygarniającego się na widok „władzy” niewolnika. Było ono też rozrywką (a może i koniecznością) pół czy w 100% pijanych sadystów, którym dręczenie ofiar było potrzebne, jak nałogowemu palaczowi papierosy. […] Władza zaś i znaczenie muszą przecież oprzeć się na jakimś mierniku. Miernikiem tym była u nich siła fizyczna, inteligencja – inteligencją pięści i pałki, w głębi duszy zaś wstydliwie ukrywane poczucie niedowartości[…]”.

Widok esesmana z pejczem czy bykowcem w ręku towarzyszył więźniom od chwili przybycia do obozu. Swoje pierwsze zetknięcie się z przedstawicielami władzy obozowej zapamiętał Romuald Hoppe:„Po kilku godzinach podjechała ciężarówka, zabierająca kolejny transport do obozu.[…] Po dotarciu do celu bramy obozu zostały otwarte i cały transport więźniów znalazł się w środku obozu. Ustawiono nas wszystkich w dwuszeregu na baczność, czekając na dalszy los. […]Po kilku godzinach stania zostaliśmy doprowadzeni do baraku, gdzie odbyła się, jak się później okazało, rewizja osobista z oddaniem osobistych rzeczy do depozytu. Ta cała „ceremonia”, zwana w obozie „chrztem”, połączona była z biciem – każdy z nowoprzybyłych więźniów otrzymywał przeciętnie 10 razy bykowcem”.

Pejcz używany był przez esesmanów jako „środek wychowawczy” także podczas pilnowania więźniów przy pracy:„Przez cały czas pobytu w obozie [jak wspomina R. Hoppe] pilnowałem się, aby nie podpaść w czasie pracy, gdyż w przeciwnym razie groziło mi zapisanie numeru obozowego lub nazwiska, a wieczorem lanie przy apelu na drewnianym koźle. Każdy, który coś zawinił w ciągu dnia, otrzymywał 25 batów, trzymany przez dwóch więźniów „kapo” na drewnianym koźle, tzw. „Bocku”. Panicznie bałem się tej kary, albowiem zdawałem sobie sprawę, że jest to równoznaczne z niezdolnością do pracy, a więc oznaczałoby niechybną śmierć” .

Pejcz czy bykowiec był „rekwizytem”, który służył załodze obozowej do wzbudzenia wśród więźniów posłuchu i strachu. Codziennym widokiem była sytuacja przedstawiona przez Wacława Miturę: „Esesmani wpadają do baraków uzbrojeni w kije i pejcze, bijąc i maltretując bez żadnego powodu, więźniów. Spośród oficerów SS, postrachem całego obozu był Mathesius. Zawsze elegancki, aż do przesady, w skórzanych rękawiczkach, z pejczem w ręce, chodził po barakach i bił więźniów za byle co, a nawet bez żadnego powodu. Kiedy ten pan pojawił się na terenie obozu, więźniowie podawali sobie z ust do ust, że Mathesius idzie. Wówczas trzeba było szybko sprawdzać, czy na sali wszystko jest w porządku (jeśli w tych warunkach w ogóle o jakimś porządku mogła być mowa), by nie dać powodu do bicia”.

Za niektóre, popełniane przez więźniów, wykroczenia przeciwko regulaminowi obozowemu, stosowano odpowiedzialność zbiorową, a szykany dotykały wszystkich więźniów, niezależnie czy był winien, czy nie. Jerzy Orłowski wspomina, że: „Po ucieczce więźnia były represje. Po pierwsze tysiące ludzi stało na apelu całymi godzinami i nocami, padali. Esesmani latali od bloku do bloku i tłukli pejczami, aż do wykończenia. Niezależnie od tych szykan, prowadzone było śledztwo na tym komandzie, czy bloku, z którego uciekinier pochodził. Był pytany i bity, nawet ten, z którym spał. Pytali, czy nic im nie mówił o swojej projektowanej ucieczce. Naturalnie, nawet gdyby tak było, nikt nie przyznałby się, ale to w cale nie przeszkadzało w znęcaniu się lub zabiciu Bogu ducha winnego więźnia”.

Personelem pomocniczym w pilnowaniu więźniów, którymi wysługiwali się Niemcy w obozach, byli więźniowie funkcyjni. Dana im władza, której oznaką był kij czy pejcz, powodowała, że, jak podaje Wacław Mitura: „Niektórzy kapowie i blokowi swym wprost nieludzkim okrucieństwem i sadyzmem prześcigali najgorliwszych esesmanów”. Jednym z nich był więzień: „…Niemiec, z zielonym winklem przestępcy kryminalnego. Nazywał się Nardu. Starszy już człowiek, w okularach, robił wrażenie przyzwoitego. I może by takim pozostał, gdyby nie jakieś pechowe zrządzenie losu, że zrobiono go oberkapo całego obozu. Teraz dopiero okazało się, kim rzeczywiście jest. Uśpione instynkty sadystyczne zbrodniarza zaczęły w nim budzić, a następnie już z całą siła wyzwalać. Chwycił za kij, z którym odtąd już nigdy się nie rozstawał. Bił, maltretował i znęcał się nad więźniami w sposób wyjątkowo okrutny. Często wpadał w obłąkańczą furię. Biegał z drągiem od pryczy do pryczy, gdy więźniowie już spali i walił na oślep, bez najmniejszego powodu, kogo popadło i gdzie popadło”.

Swoje spojrzenie na sposób przetrwania w obozie koncentracyjnym przedstawił jeden z więźniów funkcyjnych w rozmowie z lekarzem obozowym, więźniem Lechem Duszyńskim. Broniąc siebie i swoich kolegów, tak uzasadnił swoje postępowanie: „Byłem stróżem porządku, prokuratorem, sędzią i katem w jednej osobie. Tu nie społeczeństwo ze swoją hierarchią, tu obóz koncentracyjny. W tym obozie istnieje porządek[…] byłem okrutny, bo zdawało mi się, że to właściwa droga. Tu nie ma, a tym bardziej tu nie było, miejsca na sentymenty. Słabego należy wyeliminować. Zyska na tym silniejszy, bo pozbędzie się niebezpieczeństwa zarazy, która włazi do obozu nie z silnymi, ale ze słabymi. Każda hodowla likwiduje słabych, nie pozwalając w żadnym wypadku na trwanie chorych wśród zdrowych. Tu masz za dużo chorych i słabych. Zdrowy instynkt nakazuje likwidację nieszczęścia. Im mniej tych przeklętych „krypli”, którzy zasmradzają ci powietrze – tym większe szanse, że przetrwamy”.


(dd, wl)
(Oprac. na podst. W. Mitura, Za drutami Stutthof; W.Gajdus, Nr 20998 opowiada.)