Numer obozowy

foto

Wśród wielu pozostałości poobozowych, przekazywanych przez byłych więźniów do Działu Zbiorów Muzeum Stutthof, znajdują się pojedyncze numery więźniarskie. Numer obozowy był kolejnym elementem, poza ubiorem, który całkowicie eliminował więźnia obozu koncentracyjnego ze społeczności. Otrzymując, po przybyciu do obozu i zaewidencjonowaniu w obozowej kartotece, kolejny numer, więzień tracił swoje imię i nazwisko. Jak pisze Wacław Mitura: „Każdy musiał […] nauczyć się go płynnie wymawiać po niemiecku. Mnie przypadł numer 3836. Odtąd nazwiska nasze oficjalnie przestały istnieć – staliśmy się tylko numerami”.

Po przybyciu do obozu więzień musiał przejść następujące po sobie kolejne etapy tzw. „przyjęcia”. Swój początek w obozie przedstawił Mieczysław Krywenko: „W dniu 1 listopada 1939 r. załadowano nas na samochód ciężarowy i przywieziono do Nowego Portu. Po przybyciu na miejsce odebrano nam wszystkie rzeczy, jak: pieniądze, przybory do golenia, dokumenty itp., i tam założono ewidencję. Ja otrzymałem numer więźnia 8026, który to numer miałem do końca mego pobytu w obozie Stutthof”.

Kolejny więzień, Narcyz Jaworski, aresztowany 14 września 1939 r., pisze, że: „W obozie zostałem oznaczony numerem 4824. Przy akompaniamencie bicia i krzyków przeprowadzono ewidencję więźniów. Mówili tylko po niemiecku. Odbyła się selekcja, odebrano nam wszystkie rzeczy osobiste. Kazano nam zapamiętać numer obozowy, jaki dostaliśmy i natychmiast przydzielono nas do pracy, do budowy baraków”.

Pierwsi więźniowie obozu Stutthof otrzymywali numery wypisane na tekturowych karteczkach. W chwili otrzymania przez więźniów pasiaków, numery wypisane na kawałku płótna przyszywano na marynarce i na spodniach. Roman Smoczyński, więzień nr 18 625:
„Samochody podjechały pod sam obóz, wyładowanie nastąpiło koło bramy. Potem bezpośrednio przeprowadzono nas przed Rapport sztubę [Rapportabteilung], gdzie nastąpiło najpierw przyjęcie administracyjne, tzn. spisano najważniejsze dane personalne, zakładano jakieś karty, tam też dostałem numer wypisany na kartce papieru.[…]…w Häftlingsbekleidungskammer […] zakładano dla każdego więźnia kartę, na której zaznaczyło się, jakie rzeczy dany więzień otrzymał oraz wydawano kawałek materiału, na którym był wybity specjalną maszynką numer oraz winkel. Winkle wybijano na tym materiale przy pomocy specjalnych stempli z gumy i przy użyciu kolorowych tuszy.[…] Pasek z numerem trzeba było samemu przyszyć na bloku”

Kolejny etap, czyli ceremoniał przyszycia numeru, przedstawia Jerzy Orłowski, więzień nr 20 890: „Pierwsza zaprawa do życia w obozie koncentracyjnym. Chemicznym ołówkiem namazany numer na piersi.[…] Na drugi dzień zaprowadzono nas na plac apelowy, gdzie były rozstawione duże stoły, przy których pracownicy Politische Abteilung – miejscowe gestapo – spisywali personalia i każdy otrzymał numer, który trzeba było natychmiast przyszyć z lewej strony na marynarce pasiaka i z prawej na nogawce spodni. Prócz tego więzień otrzymywał czerwony winkiel, świadczący o przestępstwie politycznym. Przyszywanie numerów z winklem to osobny rozdział historii życia nowoprzybyłych – „Zugangów”. Numer trzeba było przyszyć w przeciągu pięciu minut, co prawie nikomu się nie udawało. Na to tylko czekał sztubowy, była znów okazja do pokazania swojej władzy. Darł mordę, skakał z kijem, jak szalony wpadał w całą masę przyszywających „zugangów”, ciął na odlew, kto na drodze”

Wspomniany przez więźniów „winkel” był to trójkąt umieszczony obok numeru. W zależności od przyczyny aresztowania, więźniowi obozu koncentracyjnego przyznawano kategorię więźnia, którą na zewnątrz wyrażał kolor trójkąta. Więzień polityczny otrzymywał „winkel” czerwony, więzień kategorii kryminalnej otrzymywał „winkel” zielony, itd. Ponadto w środku „winkla” umieszczano pierwszą lub dwie pierwsze litery nazwy kraju, z którego dany więzień pochodził.

Pewna grupa więźniów, tzw. więźniowie „policyjni” (Polizeihäftlinge), otrzymywała tylko same numery. Jednym z nich był Zbigniew Raczkiewicz, który pisze, że: „Przy wydawaniu pasiaków zaznaczono, że mamy swoje numery przyszyć na spodniach i na rękawie […]. Dostaliśmy same numery bez winklów i bez oznaczenia narodowości. Jak dowiedzieliśmy się, byliśmy w dalszym ciągu do dyspozycji gestapo, byliśmy jeszcze w śledztwie”. Jeżeli po zakończeniu śledztwa więzień pozostał w obozie, zmieniano mu kategorię na politycznego i obok numeru miał umieszczony czerwony trójkąt.

Dla władz obozowych osadzony w obozie znany profesor czy działacz społeczno-polityczny, artysta czy kolejarz, robotnik czy właściciel ziemski, Polak, Rosjanin czy Żyd byli tylko numerami, z którymi można było zrobić wszystko. Dla esesmanów śmierć więźnia oznaczała tylko wymazanie numeru z ewidencji. Jednak takie podejście władz do zgromadzonych w obozie więźniów można było wykorzystać w celu ratowania niektórych osób, o czym wspomina Jerzy Orłowski: „Zdarzały się takie rzeczy, że ktoś bardzo wartościowy mógł przydać się przyszłej Polsce, a był skazany na karę śmierci, trzeba było ratować. Wówczas wykazywano go w raporcie jako zmarłego. Technicznie taka podmiana wyglądała w ten sposób. Häftling X przestał istnieć, zamordowany kijami w obozie. W tym czasie ci koledzy, którzy przeprowadzali tę akcję dowiedzieli się od kapo […] z Politische Abteilung, że kolega Y ma być rozstrzelany, ponieważ przyszedł z gestapo nakaz przeprowadzenia egzekucji. Wówczas ludzie związani z tą akcją zdejmowali numer nieboszczyka z piersi i spodni, przyszywając żywemu koledze Y, którego mieli rozstrzelać. Kiedy przychodził gestapo z biura i wzywał do stawienia się przed bramą, czy w innym miejscu, wówczas dowiadywał się, że taki, a taki więzień już nie żyje. Naturalnie ten, którego uratowano, musiał zmienić nazwisko, a nawet narodowość. Wszystkie personalia, dotyczące zmarłego przejmował żywy. Ostatecznie nikt z władzy esesmańskiej, ani obozowej nie interesował się nazwiskami. Oficjalnie ich nie było. Były numery”.

(dd, tl, wl )