Grafiki Józefa Łapińskiego

foto
W latach 1974 – 1975 Muzeum Stutthof zakupiło od byłego więźnia obozu koncentracyjnego Stutthof, absolwenta Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku, Józefa Łapińskiego, cykl grafik przedstawiających sceny z obozu, a przede wszystkim obrazujących rozpoczęty 25 stycznia 1945 r. „Marsz Śmierci” – ewakuację lądową więźniów KL Stutthof. Po wojnie Józef Łapiński przedstawił zapamiętane z najstraszniejszego dramatu w historii obozu obrazy. Oglądając prace artysty mamy przed oczami kolejne etapy „Marszu Śmierci” – wymarsz z obozu, miejscowości, przez które przechodzili więźniowie oraz wydarzające się po trasie tragedie – noclegi podczas drogi, podejmowane próby ucieczki, śmierć.

Uzupełnieniem obrazów utrwalonych przez Józefa Łapińskiego są słowa innych więźniów, uczestników ewakuacji. „Wymarsz z obozu” między innymi opisał Wacław Mitura: „ Już o godzinie piątej rano, w czwartek, rozdano nam prowiant na drogę: po pół kilograma chleba i pół ćwierćkilogramowej kostki margaryny. Niektórzy mocno wygłodniali zjedli to od razu. O godzinie szóstej rozpoczęto formowanie kolumn ewakuacyjnych. Każda z nich miała liczyć od tysiąca pięciuset do dwóch tysięcy więźniów. Do każdej kolumny z osobna przydzielono liczną eskortę, uzbrojonych w broń maszynową, granaty oraz specjalnie tresowane psy na smyczach. Odstęp między maszerującymi kolumnami miał wynosić siedem metrów. Co pewien określony czas otwierają się bramy obozu, przez które w dobrym nastroju poszczególne kolumny opuszczają to miejsce. Rozpoczyna się upiorny „marsz śmierci”. Jedni wychodzą na spotkanie z wolnością, drudzy idą wprost w objęcia śmierci. Lecz teraz jeszcze o tym nie wiedzą. Okrutny ich los jest tajemnicą. Więźniowie wierzą, że od wolności dzieli ich tylko jeden krok”.

W innym miejscu swoich wspomnień Wacław Mitura jakby opisywał przedstawiony przez Józefa Łapińskiego „Marsz Śmierci”: „Nie mogąc nadążyć za kolumną, pozostają w tyle. Zaczynają się słaniać. Dalej iść niestety już nie mogą. Biciem i kopniakami esesmani zmuszają ich do dalszej drogi. W końcu padają. Seria z automatu kończy ich drogę życiową. Na zaśnieżonej drodze leżą broczące krwią trupy w pasiakach. Poganiana przez eskortę kolumna sunie naprzód. Na widok takiej śmierci pozostałych współwięźniów ogarnia panika. […] Przerażone na tyłach piątki wybiegają z szeregu, pędzą kilkadziesiąt metrów do przodu, by zająć miejsce jak najdalej od tyłów. Ale słabsi, nie mogąc i tak nadążyć, pozostają w tyle. A od tyłów kolumny coraz częściej dolatują śmiercionośne strzały”.

Wśród prac Józefa Łapińskiego znajdują się sceny z noclegów więźniów – „Nocleg w śniegu”, „Nocleg w kościele w Żukowie” czy „Nocleg w kościele”. Jedną z takich sytuacji zapamiętał W. Mitura: „Po kilkugodzinnym marszu doszliśmy do miejscowości Pomieczyno, gdzie niebawem zastał nas wieczór. Tu dla odmiany, zamknięto nas w kościele. […] W kościele było bardzo zimno, mróz dochodził do kilkunastu stopni. Zziębnięci, głodni i wymęczenie zajęliśmy miejsca w ławkach, gdzie drzemiąc siedzieliśmy całą noc. Kościół był duży i piękny, ale Sanctissimum w wielkim ołtarzu prawdopodobnie nie było, bo nie płonęła wieczna lampka. Ktoś dostrzegł pod chórem beczkę zamarzniętej, święconej wody. W mgnieniu oka woda została wydłubana łyżkami i nożami i doszczętnie połknięta. Przyszła kolej na kropielnice, w których także w postaci lodu znajdowała się woda święcona.[…] W naszej kolumnie maszerował z nami pewien organista. Nazajutrz, wczesnym rankiem, a był to, o ile mnie pamięć nie myli, piątek, ów organista wszedł na chór i dorwał się do organów. Z chóru popłynęła melodia muzyki kościelnej, a potem ucichła. Więźniowie domagali się zagrania „Boże coś Polskę”, ale ktoś rozsądniejszy zabrał głos i przestrzegł, że nie wolno tego robić. Bo mogli nas wszystkich wystrzelać w chwili, gdy była wolność już blisko. […] Organista siłą wszystkich chyba piszczałek zagrał i zaśpiewał „Serdeczna Matko…”. A ostanie słowa pierwszej zwrotki: „Zlituj się zlituj, niech się nie tułamy” – już nikomu nie mogły przejść przez gardło, bo w kościele powstał jeden szloch”.

Szlak ewakuacji więźniów KL Stutthof usiany był ciałami zmarłych z wycieńczenia czy zabitych po drodze więźniów. Kolumny pozostawiały ich po drodze, odchodząc, tak jak przedstawili to obaj autorzy – Józef Łapiński w pracy „Śmierć podczas marszu”, czy Wacław Mitura w swoich wspomnieniach: „ Na zewnątrz kościoła coś zaczęło się dziać. Gromady kobiet i dzieci, z wiadrami zupy, kanami kawy i koszami nakrojonego chleba, nadciągały ze wsi w oczekiwaniu, kiedy wypuszczą więźniów i ustawiały się w rząd pod parkanem kościoła. Gdy zarządzono wymarsz w dalszą drogę i otwarto kościół, więźniowie ujrzeli rzędy kobiet i dzieci, które podbiegły ku nim, obdarowując ich żywnością. Na ten widok wygłodniali rzucili się zwartą masą w kierunku stojących pod parkanem kobiet.[…] Rozwścieczeni esesmani rzucili się na więźniów, bijąc ich kijami i kopiąc nogami, zmuszając do cofnięcia się z powrotem do kościoła.[…] Kiedy mimo bicia więźniowie biegli do kobiet, które rzucały chleb, esesmani otworzyli ogień. W rezultacie tej strzelaniny zostało zabitych trzech więźniów. Dopiero na widok trupów więźniowie cofnęli się, a esesmani zamknęli kościół na klucz.[…] Trupy zastrzelonych rzucono przy wejściu do kościoła. Miały odstraszać wychodzących od robienia nowego bałaganu. Z kościoła zaczęto wypuszczać po kilku więźniów, którzy kolejno podchodzili do kobiet, a te nalewały im do podstawionych misek zupę, dawały chleb i kawę. Obdarowani odchodzili na bok, gdzie esesmani pilnowali, by po raz drugi nie ustawili się w kolejce. W ten sposób każdemu coś się dostało. A trupy zamordowanych leżały na bruku przed kościołem. Broczyły świeżą jeszcze krwią. Po takim dramatycznym posiłku ustawiliśmy się piątkami w kolumnę i ruszyliśmy dalej”.

Wacław Mitura, oznaczony numerem 3836, był jednym z nielicznych więźniów KL Stutthof, który został osadzony w obozie we wrześniu 1939 r. i był w nim do czasu ewakuacji. Przeszedłszy, podobnie jak Józef Łapiński, cały „Marsz Śmierci”, wyzwolenia doczekał 10 marca 1945 r. w kolumnie pędzonej z Rybna do Pucka. W „Za drutami Stutthof. Wspomnienia więźnia obozu”, Wacław Mitura opisał swoje przeżycia obozowe, które w zestawieniu z rysunkami Józefa Łapińskiego dają pełniejszy obraz losów więźniów obozu koncentracyjnego Stutthof.

(dd, wl)