Blog uczestników projektu "Sztutowo czy Stutthof? Reportaże z terenu"

Od 21 do 28 maja 2011 r. studenci i pracownicy naukowi Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu realizowali na terenie Muzeum Stutthof projekt badawczy pt. "Sztutowo czy Stutthof? Reportaże z terenu". Zachęcamy do zapoznania się z blogiem uczestników projektu.

Dzień pierwszy: 21 maja 2011 r.

Pierwszy dzień warsztatów "Sztutowo czy Stutthof? Reportaże z terenu". Poranne spotkanie, rozdzielenie zadań i... w teren. Uczestnicy, podzieleni na dwie grupy, mają za zadanie objechać wyznaczone miejscowości, porozmawiać z ich mieszkańcami, dowiedzieć się, jak przed wojną nazywały się miejscowości, jak się teraz żyje ich mieszkańcom?

Pierwsza grupa rusza "śladami PGR-u". Studenci mają odwiedzić takie miejscowości jak: Kobyla Kępa, Łaszka, Grochowo Pierwsze, Grochowo Drugie i Grochowo Trzecie, Groszkowo i Rybina. Pod koniec dnia prezentują etiudę fotograficzną zatytułowaną: „Koniec świata” – jak można ów koniec zdefiniować? To takie miejsca, w których kończy się droga, nie dojeżdża autobus, brakuje mostu łączącego dwie drogi przedzielone kanałem, a po horyzont rozciągają się pola rzepaku.

Druga grupa rusza "śladami mennonitów", a na swojej trasie mają Stegnę, Junoszyno, Jantar, Stegienkę, Głobicę i Rybinę. Etiuda fotograficzna pt.: "Tradycja w krajobrazie" pokazuje przede wszystkim różne tradycje – stare i nowe, świeckie i religijne. Dom podcieniowy, który ma być wkrótce rozebrany, kapliczka przydrożna, nowy obelisk obok kościoła w Stegnie, domek na drzewie – marzenie każdego chyba dziecka. Czym jest tradycja? Jest wielką zmianą i nawarstwianiem się na siebie historii kolejnych pokoleń mieszkańców.

Anna Weronika Brzezińska


To, co miało miejsce w Sztutowie 70 lat temu jest problemem, z którym zapewne nigdy nie będziemy w stanie sobie poradzić. Dla nas - młodych, dwudziestokilkuletnich, którzy temat obozów koncentracyjnych znają głównie z lekcji historii oraz wizyt w muzeach, jest to coś niemal fikcyjnego.

Dlatego rozmawia się z ludźmi, którzy wojnę przeżyli. Dla bezpośrednich relacji, historii niedostępnych w dokumentach. Boję się, że w całym tym poszukiwaniu zapominamy o człowieku. Naszym zadaniem jest rozmowa z nimi, jednak nie tylko dlatego, żeby to spisać i udokumentować. Nie tylko po to, żeby móc powiedzieć: "spójrzcie, tak właśnie było". Podczas wczorajszego objazdu miałam okazją porozmawiać z człowiekiem, który z samym obozem nie miał nic wspólnego. Nazwijmy go panem Wojtkiem. Pan Wojtek przeżył podczas wojny wiele traumatycznych wydarzeń. Na oko mógł mieć 75 lat. Miał dosyć dużą rodzinę, wnuki. My pytaliśmy go o czasy niedawne, sprzed 20 lat. Opowiedział nam niemal całe swoje życie, oczywiście w dużym skrócie, niechronologicznie, ale też nie o biografię w tej rozmowie chodziło.

Rozmowa z panem Wojtkiem oraz wcześniejsze i późniejsze wywiady pokazują mi, jak bardzo potrzebna jest ta rozmowa. Nie tylko dla nad, etnologów. Znajomi słysząc o metodach, jakimi posługujemy się w swojej pracy w terenie zarzucają mi, że gdzieś po drodze zapominam o tym drugim człowieku. W rzeczywistości ta rozmowa jest dla drugiego człowieka szansą rozmowy, opowiedzenia swojej biografii, rodzajem terapii.

Tutaj nie myśli się o wojnie, nie myśli się o obozie. Dla pana Wojtka był to tylko jeden z etapów życia. Dla pana Wojtka szalenie ważne było, żeby móc pogadać. Po prostu ponarzekać, trochę się pochwalić, opowiedzieć anegdotki. Mi dają one szansę poznania jakiegoś świata, dla pana Wojtka i kolejnych osób są szansą przekazania kawałka swojego życia. Bo inni ludzie naprawdę chcą rozmawiać. Wbrew temu, że obcy stają się sobie coraz bardziej obcy.

Marta Kluszczyńska


Dzień minął mi pod znakiem rozmów. Rozmowami miedzy uczestnikami projektu, ale były to przede wszystkim rozmowy z ludźmi zamieszkującymi okolice Sztutowa. Nie wiem sam, czego się spodziewałem po tych historiach, chyba tak naprawdę niczego, w złym znaczeniu tego słowa.

Przyznaję się – podchodziłem do tego tematu z rezerwą. Bo w końcu, co ciekawego do powiedzenia może mieć mieszkaniec wioski położonej – z mojej perspektywy – „na końcu świata”? Jego życie krąży przecież wokół tak małych rzeczy, że nie mogą one zupełnie nic wnieść do mojego światopoglądu, prawda?

Przyznaję się – byłem ignorantem. W głowie nie mieściło mi się to, że każda mała historia jest tak naprawdę Wielką Historią, a wszystko jest kwestią perspektywy. Szare historie, przy odpowiednim świetle, stają się jaskrawe i tak ciekawe, że aż nie chce się wierzyć, że nikt nie napisał jeszcze o tym książki, że nie powstał o nich żaden artykuł.

Zdałem sobie dziś sprawę z pewnej sprawy. Ludzi trzeba bardzo uważnie słuchać. Nie tylko dlatego, że potrzebują tego, że sprawia im radość możliwość opowiedzenia tej samej historii po raz setny. W końcu nie jest naszym zadaniem uszczęśliwiać ich, dając im możliwość wypowiedzenia się. Ludzi trzeba słuchać przede wszystkim dlatego, że ich historie same coś opowiadają. Ich drugie dno skrywać może niewiarygodną wręcz wiedzę – tak o ludziach je opowiadających, jak i przestrzeni, w której egzystują.

Żuławy Wiślane kryją przede mną jeszcze wiele tajemnic. Nie były, a stały się białą kartą, która w najbliższych dniach się zapełni. Najbardziej cieszy mnie w tym wszystkim to, że ponownie nie wiem czym.

Bartosz Wiśniewski



Dzień drugi: 22 maja 2011 r.

Dzisiejszy teren badań to Sztutowo – wieś i las wokół Muzeum Stutthof. Zadaniem uczestników jest porozmawianie z mieszkańcami wsi, odnalezienie wyznaczonych punktów oraz naniesienie ich na mapę. Gdzie w Sztutowie jest most, na którym kręcono sceny do serialu „Czterej pancerni i pies”? Gdzie w lesie jest była strzelnica i miejsce po byłym obozie specjalnym? Gdzie znajduje się budynek dawnej cegielni, a gdzie można znaleźć dawną zagrodę poholenderską? Czy mieszkańcy potrafią wskazać dawną szkołę i miejsce, w którym znajdował się przed wojną dwór? I wreszcie – który ośrodek wczasowy jest najładniejszy wg. nas, a który wg. mieszkańców Sztutowa?

Wieczorem oglądamy cztery etiudy zdjęciowe, wszystkie pod wspólnym tytułem „Krajobraz pod napięciem”. Napięcie to słupy elektryczne, to tablica ostrzegająca przed płynącym prądem, to spięcie między badaczami (kto pierwszy zada pytania?), to presja wywierana przez nas – pytających na mieszkańcach – pytanych, to towarzyszące nam tory kolejki wąskotorowej biegnące w pobliżu miejsca byłego obozu, to poszukiwanie inspiracji do mających powstać po naszych warsztatach tekstach...

Anna Weronika Brzezińska


W obliczu postępu ekonomicznego i zrównywania wsi z miastem, powstaje coraz więcej budynków nowoczesnych pod względem architektonicznym. Estetycznie poprawne domy, ze skrupulatnie zaplanowanym każdym centymetrem przestrzeni wyrastają to tu, to tam niszcząc urok małych miejscowości czy wiosek. Niedługo granica zostanie zatarta, tym samym nastąpi zerwanie więzi z przeszłością, znikną szczeliny, przez które możliwe było podpatrzeni "skrawków" dawnej kultury. Na szczęście takie miejsca jeszcze trwają,. W Sztutowie jest ich całkiem sporo, aczkolwiek każde jest inne, każdemu towarzyszy niespotykana aura tajemniczości zachęcająca do wejścia w głąb i poznania sekretu. Najbardziej zachwyciły mnie budynki starej cegielni, być może dlatego, że obejmują tak wielki obszar, zatem przestrzeń jest niewyobrażalna, a więc działa na wyobraźnię (moją w szczególności). Wielość znaków odsyła do różnych interpretacji tej przestrzeni. Dla mnie budynki starej cegielni stanowią obszar inspiracji wizualnej, moim znakiem jest fotografia, zamrożony fragment przestrzeni. Dzięki niemu to miejsce przetrwa w pamięci i na obrazie, jeśli jego byt zostanie kiedykolwiek wymazany z krajobrazu Sztutowa. To nie jedyna droga unieśmiertelniania starych obiektów, coś istnieje w świadomości jeśli się o tym mówi, jeśli istnieje słowo do opisania takiego miejsca, w końcu jeśli się je odwiedza. Takich śladów bytności jest tam wiele: od graffiti, poprzez różne napisy naścienne wyrażające indywidualny stosunek do tego miejsca, do śladów stóp na podłożu. Choć ostatnie ślady są "chwilowe" i nikną szybciej niż napis, to jednak ich wymowność jest zdecydowanie większa, gdyż świadczy o stałym zainteresowaniu, a to podtrzymuje „bicie serca” takich miejsc.

Martyna Szeląg


Niedziela była wyjątkowa. Podzieleni na mniejsze grupy mieliśmy więcej czasu na eksplorację Sztutowa, a także refleksję nad miejscami – zadaniami. Sądzę, że każdy z nas odnalazł coś, co wywołało lawinę pytań w jego głowie. Moimi myślami zawładnęła cegielnia, a raczej to, co z niej pozostało. Nie mam zamiaru zarzucać truizmami, że źle, że teren opuszczony, że wstyd i hańba, bo upadła, że młodzi przychodzą tam i piją. Bynajmniej, gdyż cegielnie mnie urzekła.

Chodziłam po tym terenie z dreszczami przebiegającymi po plecach. Z napięciem graniczącym z szaleństwem, bo nie wiesz, co czeka Cię za rogiem. Przez kilkadziesiąt minut czułam, jakbym znajdowała się w równoległej rzeczywistości, udomowionym piekle, gdzie rzeczywistość miesza się z postapokaliptycznymi wizjami. Każda ściana opowiadała jakąś historię, na podłogach w części szpitalnej leżą karty pacjentów, szepczące imiona, wiatr huczy, jakby pilnował, by niczego nie zmieniać, nie dotykać, a jeśli mam ochotę, to co najwyżej zostawić po sobie jakiś ślad. Najlepiej na ścianie. Może małe graffiti? Chodzę, rozglądam się i myślę...

Cegielnia jest pozostałością po świecie, który odszedł w niepamięć, a jednocześnie terenem, na którym współczesność odnajduje swój kąt. Po powrocie wrzuciłam w wyszukiwarkę hasło 'cegielnia Sztutowo'. Wyniki utwierdziły mnie w przekonaniu, że takie miejsca radzą sobie doskonale. I tak na przykład, niedzielne wypady paintballowe, które odbywają się na terenie cegielni przywracają opuszczonym budynkom życie. Są inicjatywą, która może już wkrótce nie będzie jedyną i z miejsca niepamięci teren ten stanie miejscem rozrywki i dumy, bo warto.

Kamila Grześkowiak



Dzień trzeci: 23 maja 2011 r.

Pierwszy dzień warsztatów. Od rana mieliśmy okazję przejść literacką drogą kolejnych etapów Zagłady w ujęciu ekonomicznym. Warsztat uświadomił mi o często pomijanej kwestii, jaką jest ekonomika wojny: ktoś traci, ktoś zyskuje. A przynajmniej z pozoru, bo ostatecznie wszyscy coś tracą. Następnie odbyła się część reporterska. Wpierw teoria, potem praktyka. Poza przydatnością wyniesionych informacji, warsztaty okazały się być dla mnie świetną motywacją do własnej, reporterskiej pracy i rozwoju naukowego.

Ten dzień, w odróżnieniu od wcześniejszych, nie obfitował w intensywne przeżycia charakterystyczne dla pracy terenowej. Był jednak pretekstem do podjęcia refleksji. Po dwóch dniach intensywnego oswajania żuławskiej rzeczywistości zaczęły dojrzewać pomysły, tematy, inspiracje – coś naszego, osobistego, co każdy indywidualnie czuje i widzi w tym miejscu. To miejsce ma naprawdę wiele do powiedzenia. Niedługo okaże się, czy my także o nim…

Alicja Wolna


Dzisiaj w godzinach porannych odbył się warsztat "Ekonomiczny wymiar Zagłady". Punktem wyjścia naszych rozważań stała się analiza dwóch tekstów: "Pożegnania z Marią" Tadeusza Borowskiego i "Profesora Spannera" Zofii Nałkowskiej. W obu opowiadaniach pojawia się wzmianka o "osławionym obozie nad morzem". Każdy z uczestników warsztatów otrzymał fragment tekstu (wiersz, opowiadanie, dokument historyczny, zeznanie, opracowanie naukowe). W naszych poszukiwaniach pomocne okazały się ustalenia Zygmunta Baumana, Bożeny Shallcross, Jana Tomasza Grossa, Jacka Leociaka, Marcina Urynowicza i Ruty Sakowskiej; w obrębie literatury pięknej natomiast, prócz wymienionych uprzednio opowiadań Tadeusza Borowskiego i Zofii Nałkowskiej, utwory Władysława Szlengla ("Rzeczy"), Zuzanny Ginczanki ("Non omnis moriar…") i Tadeusza Różewicza ("recycling"). Wszystkie analizowane teksty oscylowały wokół dwóch zagadnień: wyzysku ekonomicznego getta warszawskiego oraz recyclingu szczątków ludzkich ("ekonomicznego wymiaru" ludzkiego ciała).

Wyciągnęliśmy wnioski:
- pewne treści, jakie zapisane zostały na kartach literatury polskiej, pozostają dla nas przeźroczyste – czytamy, ale nie widzimy, nie dostrzegamy, filtrujemy tekst, czytamy "bezpiecznie", tzn. nie wychodząc poza schemat interpretacyjny, jaki utrwalony został przez nauczanie szkolne;
- pełen obraz odległych czasowo zjawisk, wydarzeń historycznych uzyskać można poddając wnikliwej analizie różnorakie teksty (literackie, historyczne, socjologiczne);
- skrajnym i najbardziej zatrważającym przykładem ekonomicznego wymiaru Zagłady jest przetwarzanie ludzkich ciał, pośmiertne ich wyzyskiwanie, przerabianie na mydło, materace, abażury – soma staje się rzeczą, przedmiotem, obiektem, który można wykorzystać; reifikacja to zatem kolejny etap ekonomicznego wyzysku ofiar: najpierw odebrane zostały im należące do nich dobra materialne, następnie życie, w końcu zaś: prawo do pochówku, nienaruszalność i swoista świętość ludzkich szczątków.

Sylwia Karolak


Poniedziałek potoczył się inaczej, niż poprzednie dni, bo całkowicie zwyczajnie. Nie zdarzyło się nic, o czym chciano by napisać nawet w najmniej poczytnej gazecie. Napięcie piętrzyło się w atmosferze już od samego przyjazdu. Ciągle słońce, wiatr, chmury i błyskawice, ale każde niedokończone, niepełne, zatrzymane w połowie. Niespokojne sny przewracane z boku na bok.

W nocy spadł zimny, rzęsisty deszcz. Parę pokojów zalało. Tego niepamiętnego, ciężkiego i ślamazarnego dnia, mieliśmy zamknąć się w budynku byłej komendantury SS, a w zasadzie to w ogóle go nie opuszczać. Tonęliśmy powoli w tematach warsztatów. Reprezentacja Zagłady w literaturze.

"Non omnis moriar – moje dumne włości/ Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych/ Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel/ I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie". To Ginczanka, zginęła w Krakowie, 695 km stąd. A dalej jechały wozy, wozy żydowskie, meble, stoły i stołki, walizeczki, tobołki, kufry, skrzynki i buty, garnitury, portrety, pościel, garnki, dywany i draperie ze ściany. Wiśniak, słoje, słoiki, szklanki, plater, czajniki, książki, cacka i wszystko jedzie z Hożej na Śliską. Szlengel pisał ten wiersz w getcie warszawskim, 329 km stąd. Zadzwonił telefon, odebrałem.

Nie słyszę Cię - powiedział głos w słuchawce - przerywa. Rozłączyłem się. Dzień nie wytrzymywał, giął się i łamał na pół. Warsztaty, historie, tematy. Wątki, świadectwa, poszlaki. Złote zęby, złote żniwa i mydło. Mdło.

Do sali wleciał ptak. W panice szukał drogi ucieczki z klatki, do której przypadkowo wpadł. Nacierał na okno i uderzał coraz silniej w szybę. Lęk, zaciśnięcie mięśnie i dreszcz. Zaraz się zabije, za chwilę. Jeszcze najwyżej kilka uderzeń. Paweł zamknął ptaka w dłoniach i wskazał właściwą drogę ucieczki. Ptak uleciał.

My, ludzie, wyszliśmy drzwiami komendantury. Minęliśmy bramę, puste wieżyczki wartownicze i ostatnie ślady drutu. Wychodziliśmy z muzeum, przez las, do morza.

Łukasz Posłuszny



Dzień czwarty: 24 maja 2011 r.

Każdy czekał na ten seans, ja na pewno. Poranna szczypta propagandy, gaz, wspomnienia, Janusz Morgenstern, bez słów. Koniec. Słów bezlik, wymiana spojrzeń- tak na rozbudzenie. Oprowadzając grupę po terenie Muzeum, zaleca się rozpocząć od seansu w kinie za trzy złote- na rozbudzenie. Kameralny klimat sali kinowej w budynku byłej komendantury sprzyja myśleniu, przemyśleniom.

Pierwszy dzień własnych badań- dla niektórych test samodzielności, dla innych przygoda, po części zabawna, po części też niebezpieczna, ale kształcąca. Stara cegielnia w Sztutowie, byłe śmietniki SS-mańskie, wpływ odległości Muzeum na turystykę w regionie, zachowania i reakcje grup młodzieży odwiedzającej Muzeum, rola pań sprzątających w Muzeum- to tylko niektóre tematy, jakie postanowiliśmy uszczegółowić i zbadać. Tematy, które nie dadzą nam spokoju nie tylko do końca wyjazdu, ale pozostaną z nami na dłużej.

Muzeum KL Stutthof. Kilka wycieczek, kilkanaście szokujących ekscesów, kilkadziesiąt wymienionych słów, jeszcze więcej słów z ust przewodników. Chipsy, śmiechy, krzyki, bułki, herbatniki, telefony, zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia…
- „Ale fajny piecyk! To tu ich palili?”
- „Posuń banię, chcę fotę przy szubienicy”
- „Ale super wystawa adidasów!”
Ptaki, słońce, morskie powietrze, wolne od szkoły, to sprzyja rozluźnieniu atmosfery, na pewno.

„Ostatni świadkowie”, ostatni widzowie. Produkcja klasy B. Nowe relacje, nowe informacje. Nowsze zdania, nieśmiałe uśmieszki, śmielsze komentarze, elementy groteski. Seans w kasynie byłej komendantury dał do myślenia, sprowokował do dyskusji, przypomniał.

Daria Kutkiewicz


Jak to jest robić w życiu coś, czego się jeszcze nie robiło? Najpierw oglądać, przypatrywać się tym, którzy to zrobili. Potem spróbować samemu i mieć nadzieję, że wyjdzie. A potem próbować, za każdym razem, ale już nie od nowa.

Do tej pory, zamknięty, czytający teoretyczne hipotezy, zanurzony w strumieniu myśli i potencjalności.

Od tej pory, otwarty, zadający zwyczajne pytania, słuchający konkretnych problemów miejsca i czasu.

Polonista wychodzący w teren do ludzi. Oksymoron? Polonista wychodzący w teren pod opieką antropologa, słuchający jego rad, metodologicznych wytycznych, obserwujący różne sposoby bycia z ludźmi. Oksymoron trenowany i oswajany?

Było tak. Uzbrojony w dwie zabawy terenowe, delikatnie pokazujące zalotną stronę etnologii i kilkugodzinne warsztaty teoretyczne, ilustrujące problemy, metody, praktyczne działania, wyruszyłem.

Pierwsze spotkania ze zwyczajnymi ludźmi – tak zwyczajnymi, że mijanymi bezrefleksyjnie na ulicy. Ludźmi, którzy zamieniają się tutaj w „informatorów”, „świadków”, których historie mają stać się fundamentem dłuższego tekstu.

Wizyta w kurniku z Panem Edwardem, gdzie wejścia strzegą drzwi będące kiedyś podstawowym elementem wyposażenia przedwojennej niemieckiej szkoły. Żarty Pana Marka z sepleniącego wuja, który poczęstował sąsiadów nie gruszkami, jak chcieli, ale śrutem z wiatrówki. Wreszcie próba rozmowy zakończona jednoznaczną odmową pełną niechęci.

Lepsze wrogiem dobrego, ale to naprawdę było lepsze.

Cezary Rosiński



Dzień piąty: 25 maja 2011 r.

Kolejny dzień pracy w terenie pozwala się rozpędzić, poczuć się pewniej. Znajduję nowych ludzi, którzy nie uciekają przed rozmową, a raczej sami chcą się z dzielić swoją historią. A wszystkie historie są ważne – czy to trzygodzinna opowieść bezrobotnej z terenów po PGR-owskich, która nie ma nic innego do roboty, czy kilka minut, które wykroi dla nas ze swojego napiętego terminarza ksiądz. Pełen nadziei, że uda mi się dzisiaj spotkać kogoś ciekawego, kogoś, kto opowie jakąś historię wartą papieru i tuszu, wyprowadzam swój rower poza bramę muzeum Stutthof. Śmieję się, dzielę się swoimi planami z innymi, którzy wyruszają w teren, dyskutuję nad sposobem podejścia do tematu.

Z drugiej strony nadchodzi duża, zwarta grupa skupiona wokół przewodnika, który zatrzymuje się przy planie byłego obozu i wyłuszcza po raz setny chłodną precyzję machiny zagłady. Na nasze uśmiechy patrzą z przerażeniem i mierzą nas zbulwersowanym wzrokiem. Wzrokiem ludzi, którzy przyszli do byłego obozu koncentracyjnego, a nie do muzeum. Ba, żeby chociaż „byłego” – większość ze zwiedzających przyszła zapewne do aktualnie istniejącego obozu koncentracyjnego, z którego przed chwilą wyszli więźniowie – wyobraźnia działa w takich miejscach. Przyjmujemy więc poważny wyraz twarzy, ściszamy głos i ucinamy rozmowę. Do czasu wyjścia z terenu muzeum. Tuż za bramą, na brukowanej drodze, obok byłej komendantury – tam zaczyna się już Sztutowo, a Stutthof pozostaje tylko nazwą. Tam nie trzeba się już czuć skrępowanym.

Pozostaje jednak pewne poczucie dysonansu. Zgrzyt. Może nie poczucie winy, tylko złość na miejsce naznaczone przez historię do tego stopnia, że człowiek od razu chce przyklęknąć i bić się w piersi. A może to wpływ przewodników, którzy każdego rozbrykanego nastolatka częstują patosem, poczuciem winy, makabrycznymi opowieściami i refleksją. Jakby dawniej nikt nigdy w obozie nie opowiedział kawału, jakby nikt nigdy się na tym terenie nie roześmiał, a przecież ludzie nawet w obliczu największej trwogi próbują żyć normalnie… Nie wierzę, że dało się przejść przez to piekło bez pewnego dystansu, który zapewnia poczucie humoru.

Nie umiem cały czas myśleć o obozie z głębokim zaangażowanie emocjonalnym, gdyż w takim stanie nie można nawet zebrać sprawnie myśli, a co dopiero przeprowadzać badania jakościowe. Tylko strach człowieka ogarnia, jak się pomyśli, że trzeba będzie wrócić do domu i opowiedzieć przyjaciołom gdzie się było. Jakich użyję słów? Dawno się tak nie opaliłem, dawno tyle słońca nie widziałem, dawno tylu ludzi nie poznałem?

Jak to tak z byłego obozu koncentracyjnego wracać z opalenizną i w dobrym humorze? Wszak nie godzi się.

Tadeusz Fułek


Zagłada im spowszedniała, wrosła w krajobraz, zatopiła się w codzienności. Czy to wypada?

Sztutowo i Stutthof zdają się równolegle istniejącymi rzeczywistościami gdzieś w wyobcowanej części Żuław. Historyczne obciążenie wciąż unosi się w powietrzu, ale oni na zagładę nie mają czasu. Życie toczy się jak wszędzie: praca, problemy, ot, zwyczajna zwyczajność. Chcą przebić się z narzuconej przez los strefy ciszy i wziąć głęboki oddech. Więc już się nie oburzę, że ktoś nie wie, że kogoś to nie obchodzi, że nie epatuje patosem, choć miejsce ku temu sprzyja. Ma do tego prawo. Nic mi do tego.

Być blisko ludzi. Rozmawiać, obserwować, próbować zrozumieć. To, oprócz wytyczonych zadań, jest istotą naszego pobytu tu, w Sztutowie. O ile rozmowy i obserwacje nie stanowią większego problemu, to zrozumienie jest wyzwaniem. Ja zrozumiałam.

Po całym dniu pracy z wycieczkami szkolnymi i rejestrowaniu zachowań młodszych i starszych osób w Miejscu Pamięci przyszedł czas na konfrontację z żywymi wciąż wspomnieniami tych, którzy obóz w Sttthofie przeżyli. Późnym wieczorem zgromadzeni w naszej "sali narad' w starej komendanturze, po dyskusji o reportażach i trudach dnia, zasiedliśmy do projekcji filmu i pozwoliliśmy, by "Ostatni Świadkowie" opowiedzieli nam historie, których nie odda żadna muzealna wystawa. Przelali emocje, namalowali rzeczywistość, jaką zastali wtedy, w tym stutthofskim (dziś: sztutowskim) lesie. Swą prywatność pozbawili intymności, obnażyli przed nami słabości, ludzką nieporadność i wstyd.

By nie zapomniano, by zrozumiano.

Przeżyli. Doczekali starości. Ich głos nigdy nie zamilknie.

Ja tymczasem czekając na sen, biegnę myślami do jednego z poobozowych baraków, by przystanąć w zadumie przy stercie butów. Każda para to jedna istota, to jedna nieopowiedziana historia. Ich kamera nie uwieczni.

A jutro?... zostawię za sobą Stutthof, opakuje się w dystans i na rowerze pomknę do Sztutowa analizować problemy właścicieli pensjonatów w tym nadmorskim kurorcie. Nieprawdopodobne.

Wioleta Pełkowska



Dzień szósty: 26 maja 2011 r.

Kilka minut przed południem. Dzwoni telefon.

Bartosz: Słuchaj stary, mam ich! Przeczesują ściółkę w pobliżu przecięcia szlaków żółtego i zielonego. Niedaleko wyrębu lasu. Jest ich dwóch. Mają sprzęt i wykopali już kilka rzeczy. Masz szansę z nimi pogadać.

Nie tracąc ani chwili, w pośpiechu pakuję, co trzeba. Biorę ze sobą Alicję i ruszamy. Wyjeżdżamy z muzeum. Kierunek: las. Trochę na oślep, ale jedziemy po leśnych wertepach. Gdzie to miało być? 1200 metrów od plaży. Mijamy szlaban, wycinkę, mieli tu być. Zwinęli się? Są!

Tuż za kolejnym mijanym zakrętem wyłania się samochód. Zatrzymujemy się. Keep calm, trzeba opracować strategię. Przejeżdżamy koło nich patrząc z zainteresowaniem, chyba nas zauważyli. Przejechaliśmy obok, stajemy po kilkunastu metrach. Chwila wahania, wracamy. Zsiadamy z rowerów, idziemy. Włączyć dyktafon?

Przepraszam, my tu z dziewczyną na plażę, ale tak nas panowie zainteresowali, że musieliśmy przystanąć. Czego panowie szukają? To można wciąż takie rzeczy tu znaleźć? Niesamowite.

Dalej poszło z górki. Chłopak, z którym rozmawialiśmy niemal natychmiast wczuł się w rolę eksperta. Opowiedział nam, co kopie i za ile można to sprzedać. Odznaki, monety, biżuteria – to pociągający łup, ale rzadkość. Ciężka praca wśród paproci, komarów, kleszczy – codzienność. Głównym zbiorem jest złom. Zardzewiałe części maszyn wojskowych, sprężyny, transformatory, siodełka od rowerów, czasem amunicja i granaty. Te ostatnie są głównym celem poszukiwań.

Gadamy już 15 minut. Dyktafon wyłączony. Podejrzliwe spojrzenia naszego rozmówcy, były jednoznaczne. Nie warto ryzykować. Nagle pojawia się myśl, która w porę każe nam się wycofać. Zbyt dużo pytań. Podejrzane. Dziękujemy za rozmowę, udajemy się w stronę plaży. Szybkie zdjęcie ich łupu. Tak by nie zauważyli. Kilka metrów dalej pospiesznie spisywane notatki. Tak by nic nie uleciało. Mission completed. Wracamy.

Mikołaj Smykowski


Od ostatniego mojego przyjazdu do Sztutowa minął już rok. Powroty w te same miejsca są dla mnie chyba równie ekscytujące, co niepokojące. Ekscytujące dlatego, że wraca się do kogoś, kogo pragnie się ujrzeć po raz kolejny, niepokojące gdyż, że nie wiem co się zmieniło od czasu, kiedy opuściłem daną miejscowość. Więc siedzę i zastanawiam się, do kogo ja tutaj wróciłem? Kto lub co czeka na mnie w Sztutowie? Znajome twarze, odwiedzone w zeszłym roku domy, muzeum, plaża, turyści, kormorany, detektoryści...

Obiecałem sobie, że w tym roku postaram się spojrzeć na Sztutowo z perspektywy codzienności. Dojrzeć ogołocone z patetyzmu ludzkie życie. Z szeroko otwartymi oczami rozglądam się dookoła szukając bohatera mojego reportażu. Zaglądam do muzealnych baraków, przyglądam się turystom, notuję postępy w remoncie dachu, spoglądam kontem oka na śmieci wyrzucane przez zwiedzających, rozmawiam z paniami sprzątaczkami. Kto pomoże mi uchwycić codzienność w miejscu Zagłady?

Dziś Dzień Matki, w jednym z baraków zobaczyłem wiązankę konwalii. Pamiętam jak sam zbierałem je dla mojej mamy. Czas zadzwonić do domu. Niestety nikt nie odbiera. Będzie trzeba spróbować ponownie. Idę nad morze.

Wieczorem siadam przed komputerem i przeglądam swoje zeszłoroczne notatki. Nadeszły poprawki do naszych tekstów z poprzednich badań w Sztutowie, czas zmierzyć się z tym, co napisałem. Idzie ciężko, bo jak oddać słowami to miejsce? Żongluję myślami, chwytając, raz jedną raz drugą i wystukuje je na klawiaturze. Robi się późno. Zaglądam jeszcze na chwile do naszego wspólnego pokoju, by trochę porozmawiać. Mija dzień, a w sumie zaczyna się już kolejny.

Tomasz Michalik




Dzień siódmy: 27 maja 2011 r.

Dzień pełen wrażeń. Najpierw sesja fotograficzna wedle konceptu artystycznego Anny Brzezińskiej. Sesja zasadniczo udana. Potem wycieczka do Kobylej Kępy w poszukiwaniu dworku. Udana połowicznie, bo dworku nie odnaleźliśmy (ale koniec końców nie chodzi o to, by znaleźć, ale szukać). W drodze powrotnej pojawiła się informacja o kilkunastu koniach pasących się na zamkniętym terenie tuż obok Muzeum. Konie wyglądają na zaniedbane i przyciągają wzrok wycieczek szkolnych. Puściliśmy się na ratunek koniom. Ale i tu sukces był połowiczny (nie dowiedzieliśmy się, o co właściwie z nimi chodzi). Potem obiad i podsumowanie. Publicznie przedstawiane koncepcje reportaży wyszło świetnie. Już chciałoby się te teksty czytać.

Ale zanim mogłoby do tego dojść – trzeba się było pożegnać: ze sobą i ze Sztutowem (ostatni dzień zobowiązuje). Idziemy zatem w ciemnościach przez las wprost na plażę. Jest naprawdę ciemno, ledwo się widzimy. Nie ma księżyca. Ale droga prosta i szeroka. Na plaży ogarniają nas sentymentalno-wspólnotowe klimaty. Jest fajnie i razem. A potem wracamy, grupami, bo trudno rozstać się z morzem.

Moja grupa to trójka. Idziemy przez las, ale szybko zaczynają nas ogarniać wątpliwości. Pojawiają się dwie opcje. Pierwsza: idziemy cały czas prosto; i druga: musimy zakręcić w prawo, bo w przeciwnym wypadku będziemy szli ciągle wzdłuż morza. Koncepcje się zmieniają na tyle często, że trzeba spojrzeć w oczy okrutnej prawdzie: zgubiliśmy się. Dzwonimy do pozostałych grup, z umiarem panikujemy i rozważamy powrót. Ale jednak w końcu gdzieś w oddali majaczą sylwetki ludzie. Jesteśmy odnalezieni, a potem naprowadzeni na właściwy szlak.

Końcowy skok adrenaliny tylko utwierdził nas w jednoznacznych wnioskach. To był udany wieczór, udany dzień i udany pobyt.

Błażej Warkocki


Dzień ósmy: 28 maja 2011 r.

Dzień naszego wyjazdu. Po wczorajszym, dosyć długim pożegnaniu z morzem, nie jest nam łatwo wstać z samego rana i zabrać się za pakowanie. Trochę nam przykro opuszczać to miejsce. W końcu przez ten tydzień udało nam się uzbierać plecak pełen niezapomnianych wrażeń, które wszyscy zabierzemy ze sobą do domu. Przez ten czas poznaliśmy wielu ciekawych ludzi i usłyszeliśmy mnóstwo bardzo interesujących historii, odwiedziliśmy sporo pięknych miejsc i nauczyliśmy się nowych rzeczy. Szkoda nam także odjeżdżać, bo bardzo dobrze nam się wspólnie pracowało. Tak to już jest, że w doborowej ekipie wszystko idzie świetnie. Lecz nie pozostało nam nic innego jak jeszcze trochę zaspanymi ruchami zebrać nasze plecaki i rowery i udać się w podróż do Poznania. Podróż dosyć skomplikowaną, bo oczywiście w pociągu brak było miejsc na rowery, więc musieliśmy zablokować jedno wyjście i część korytarza, co wzbudziło pewne niezadowolenie wśród prowadzących ową maszynę. Ale udało się, i tak, ściśnięci w jednym przedziale, opuszczamy Pomorze z nadzieją, że nie na długo.

Kornelia Kajda


Pytanie, które stawiałam sobie przed przyjazdem do Sztutowa brzmiało: czy aby na pewno dam radę? Czy nie robię czegoś wbrew sobie? Dziś wiem, że dobrze zrobiłam przyjeżdżając tutaj. Okolica jest przepiękna, a ludzie, których poznałam sympatyczni i skorzy do pomocy. Najbardziej obawiałam się indywidualnej pracy „w terenie” i wywiadów z mieszkańcami. My – poloniści – bardzo lubimy świat książek, z którego trudno z dnia na dzień się wyrwać i swobodnie dyskutować z dopiero co poznanymi na ulicy czy przed własnymi domami ludźmi. Każdy wywiad był inny, choć dotyczył tej samej kwestii: mieszkania tuż za płotem obozu. Wielu różnych ludzi, ale i wiele życzliwości, a czasem nawet herbatka. W takiej atmosferze rozmawialiśmy o pobliskim krematorium(!), które – jak się okazało – nie tylko w przyjezdnych wzbudza refleksje. Jednak podstawowym wnioskiem wypływającym z krótszych czy dłuższych rozmów wynika, iż obóz Stutthof osnuwa aura codzienności i przyzwyczajenia.

Wiem, że przyjazd tutaj pozwolił mi uczynić mały krok do tego, aby „przekroczyć” siebie, swoją nieśmiałość. Oswoiłam coś, co wydawało mi się zupełnie obce – rozmowę z nieznanym mi człowiekiem.

Jestem wdzięczna mieszkańcom Sztutowa za ich życzliwość, pozytywne przyjęcie i chęć rozmowy.

Małgorzata Musielak



"Sztutowo czy Stutthof? Reportaże z terenu" - podsumowanie

W dniach 20.V-28.V.2011 r. na Żuławach Wiślanych odbyła się druga edycja projektu "Sztutowo czy Stutthof?", tym razem opatrzona podtytułem "Reportaże z terenu". Zespół, w którym pracowaliśmy początkowo składać miał się z etnologów oraz polonistów, jednak w trakcie przygotowań okazało się, że część z nas posiada na swoim koncie dodatkowe kierunki, takie jak filozofia, hebraistyka, anglistyka czy kognitywistyka – co więcej, do naszego grona dołączyły dwie politolożki z Gdańska oraz archeolodzy, przeprowadzający własne badania. To interdyscyplinarne towarzystwo od początku wróżyło współpracę owocną, choć niebezpiecznie wielowątkową. Na szczęście niebezpieczeństwo wielowątkowości i tym samym rozmycia się całej merytorycznej części wyjazdu szybko przerodziło się w komfort prowadzenia dyskursu na wielu płaszczyznach. Ujmując to samo innymi słowami – każdy z nas dorzucić mógł do poruszanego tematu coś swojego ku ogólnej korzyści, każdy też mógł czerpać z kolektywnej wiedzy i doświadczeń reszty grupy.

Po podróży spędzonej w pociągu bez przedziału dla rowerów (nie można mieć co prawda wszystkiego, ale jednak kupując bilety na rowery liczyliśmy na oddzielny wagon dla nich) oraz dojeździe do Sztutowa PKS-em na miejscu oczekiwał na nas dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie Piotr Tarnowski oraz kustosz Marcin Owsiński. Szybkie zapoznanie z regułami obowiązującymi w byłym obozie, szybka akcja przydzielenia miejsc w pokojach i z marszu właściwie ruszyliśmy zwiedzać wraz z kustoszem tereny muzeum. Przez obóz przeszło kilkaset tysięcy więźniów różnych narodowości. Zwłaszcza w ostatnim roku II Wojny Światowej było to miejsce o charakterze bardzo istotnym dla nazistów, jako że wraz z przesuwaniem się frontu wschodniego zmniejszały się ich możliwości, tak transportowe jak i związane z polityką wyniszczenia ludzi. Zmęczeni fizycznie i psychicznie zakończyliśmy pierwszy dzień pobytu w Sztutowie leżąc na naszych łóżkach polowych przygotowanych dla nas przez muzeum i zastanawiając się co kadra przygotowała dla nas na dzień następny?

Jeśli komuś z nas wydawało się, że nasz projekt polegał będzie głównie na siedzeniu na miejscu i rozważaniu różnych aspektów istnienia byłego obozu koncentracyjnego i jego roli dla społeczności lokalnej, to szybko został on wyprowadzony z błędu. Już dnia drugiego podzielono nas na dwie grupy robocze, a każda z nich na rowerach przebyła trasę powyżej 30 km – jedna w poszukiwaniu śladów byłego PGR’u, druga w poszukiwaniu dawno nieobecnych już na Żuławach menonitów. Trzeba tu postawić sobie dwie sprawy jasno. Po pierwsze – miejskie rowery i miejski tryb życia nie nadają się do takich wycieczek. Dostaliśmy nieźle w kość od „braku kondycji” i wiejskich dróżek. Po drugie – dzięki temu właśnie udało nam się poznać bliżej teren, na którym mieliśmy w ciągu najbliższego tygodnia pracować, a co ważniejsze, ludzi, którzy później stali się naszym najlepszym źródłem informacji. "Localsi" okazali się dla wielu dużo bardziej otwarci i rozmowni niż można było przypuszczać. W podobnym stylu pracowaliśmy też następnego dnia. Zajęcia w grupach pozwoliły uczestnikom projektu poznać się lepiej, a oswojenie terenu poskutkowało pierwszymi pomysłami na tematy reportaży.

"Sztutowo czy Stutthof? Reportaże z terenu" to nie tylko praca terenowa. To także warsztaty, na przykład uświadamiające nam niektóre kwestie związane z Zagładą oraz wojną. Ekonomia Zagłady – brzmi strasznie, ale czy ktoś odważy się powiedzieć, że nie istnieje? Spieraliśmy się o kwestie etyczne w badaniach, o formę jaką może przyjąć reportaż czy esej, uzyskaliśmy też wiele przydatnych informacji o tym jak pisać, by trafić do odbiorcy. Niektóre dyskusje były gorące i napięte, inne żartobliwe i luźne. Praktycznie wszystkie z nich były bardzo pouczające, a już na pewno potrzebne.

Jak zadawać pytania by nie urazić rozmówcy? Kiedy go nagrywać, a kiedy nie? Czy pisząc reportaż można powołać się na nazwisko? Tak właściwie ile prawdy musi być w reportażu, a na ile fikcji można sobie w nim pozwolić? I, o zgrozo, co to jest ta cała "prawda"? Dziesiątki pytań, dziesiątki odpowiedzi, dziesiątki wątpliwości. Burza mózgów zawsze przynosi coś dobrego, zwłaszcza w towarzystwie ludzi, którym zależy na tym. Tak właśnie, mącąc spokój umysłów, atakując utarte schematy myślowe z wszystkich stron, poklepując się po ramionach, pokrzykując na siebie i trochę fukając, uśmiechając się i rozmyślając o sprawach naprawdę istotnych spędziliśmy dwa kolejne dni.

Wieczorami już w bardziej rozprężonej atmosferze chodziliśmy nad morze lub zostawaliśmy w pokojach próbując utrzymać kontakt z naszą rzeczywistością, którą zostawiliśmy wsiadając do pociągu. Ale wciąż wisiało nad nami widmo rozmyślań na tematy przeróżne.

"A Ty co myślisz o tej całej etyce? Pytasz się zawsze czy możesz włączyć dyktafon?"

"Ale to się ma nijak do prawdy, jak zrobisz z jednego bohatera reportażu dwóch bohaterów, przecież to manipulacja!"

"A słyszeliście dowcip o Polaku, Niemcu i Rosjaninie?"

I gdzieś pośród tych rozmów kwitły pomysły na nasze własne projekty. Początkowo mieliśmy pracować w duetach. Muszę przyznać, że ten pomysł nie do końca wypalił – początkowo faktycznie grupy dwuosobowe dobrane według klucza podobnych zainteresowań wybrały się w teren by zdobywać informacje potrzebne do przeprowadzenia wybranych indywidualnie projektów – poprzez rozmowy z mieszkańcami, odszukiwanie materiałów w archiwum lub po prostu obserwowanie interesujących nas obiektów czy tez zjawisk. Jednak z biegiem czasu okazało się, że w naszej grupie panuje raczej "zbiorczy indywidualizm". Nie chodzi tu o brak współpracy. Współpraca miała jak najbardziej miejsce – etnologiczne podejście do przeprowadzania wywiadów łączyła się z polonistycznymi umiejętnościami pisarskimi, doświadczenie w badaniu Zagłady uzupełniane były dziennikarskim podejściem do opisu tematu. W pewnym stopniu takie jasne "wtłoczenie" uczestników projektu w konkretne role sprawiło, że tym bardziej staraliśmy się je spełnić. Jednak nie ma co ukrywać, spora część z nas zajęła się swoimi prywatnymi zainteresowaniami naukowymi i zarzuciła pracę w zespołach.

Z lekkim zdziwieniem, ale chyba też po części z ulgą odebraliśmy informację, że przygotowane przez nas projekty nie muszą być koniecznie związane z istnieniem byłego obozu koncentracyjnego. Dowolność, która została nam dana zrodziła dwa typy pomysłów na reportaże. Pierwszy z nich jest związany z Muzeum Stutthof w Sztutowie i oscyluje wokół jego obecności. Dlaczego wystawiennictwo martyrologiczne wygląda tak, a nie inaczej? Czy muzeum ma być tylko punktem upamiętniającym, czy też ma nauczać? Jak wpływa na okolicę? Drugi typ pomysłów wiąże się z Żuławami i życiem mieszkańców Sztutowa i okolic. Co wpływa na lokalną architekturę? Jak mieszkańcy wspominają swoją młodość? Co im doskwiera? Jak postrzegają były obóz koncentracyjny? Nie będę zdradzał dokładnych tematów poszczególnych projektów, powiem jedynie tyle, że są bardzo przekrojowe i bardzo ciekawe. Poruszają kwestie ważne, czasem metafizyczne, a czasem zupełnie przyziemne, prawie że normatywne.

Projekt "Sztutowo czy Stutthof? Reportaże z terenu" zostanie najprawdopodobniej skonkludowany serią reportaży oraz esejów wynikających z obserwacji i badań uczestników. W założeniu mają być one napisane w sposób przystępny, ale jednocześnie poruszający dany temat w sposób skłaniający do refleksji i przekazujący pewien ładunek informacji. Ze swojej strony gorąco zachęcam do śledzenia dalszych losów projektu oraz pokłosia, które na pewno przyniesie.

Bartosz Wiśniewski