Przedmioty z grobu rozstrzelanych więźniów. Los księży w obozie Stutthof

Przedmioty z grobu rozstrzelanych więźniów. Przedmioty z grobu rozstrzelanych więźniów. Przedmioty z grobu rozstrzelanych więźniów. Przedmioty z grobu rozstrzelanych więźniów.

22 marca minie 71 rocznica rozstrzelania w lesie nieopodal obozu Stutthof 67 przedstawicieli Polonii Gdańskiej, m. in. działaczy Związku Zachodniego, pracowników polskich instytucji funkcjonujących w Wolnym Mieście Gdańsku, księży.
Niestety, Archiwum Muzeum Stutthof nie posiada żadnych oryginalnych dokumentów tych więźniów, dotyczy to również osób rozstrzelanych 10 stycznia 1940 r. W zbiorach Muzeum Stutthof znajdują się jedynie przedmioty osobiste, ale również fragment przestrzelonej czaszki, czy łuska od pocisku, odnalezione podczas ekshumacji zwłok z grobu ofiar egzekucji styczniowej.
W obu egzekucjach rozstrzelano kilku księży aresztowanych w pierwszych dniach II wojny światowej. Nie mniej tragiczny los był udziałem tych księży, którzy pozostali w obozie Stutthof. Warto tu wspomnieć o kilku z nich, którzy własnym życiem i śmiercią w obozie dawali przykład swojego przywiązania do wiary, do ojczyzny.
Wśród ofiar obozu Stutthof znajduje się ks. Alfons Schulz, proboszcz z Subków, senator II Rzeczypospolitej, kawaler orderu Polonia Restituta. Po pierwszej wojnie światowej prowadził ożywioną działalność o przyłączenie Pomorza do Polski. Brał udział w pracach komisji granicznej w Chojnicach, a dzięki jego zabiegom Międzynarodowa Komisja Graniczna dokonała korekty linii granicznej. Aresztowany we wrześniu 1939 r., chory na biegunkę został umieszczony w obozowym rewirze. 25 czerwca 1940 r. został zamordowany przez szefa rewiru obozowego poprzez utopienie w wannie.
Na początku lutego 1940 r. do obozu Stutthof przywieziono ostatnią grupę aresztowanych pomorskich księży, których początkowo więziono w klasztorze księży Werbistów w Górnej Grupie. Wśród niej znajdował się 75 letni ks. Feliks Bolt, proboszcz parafii w Srebrnikach. Senator II Rzeczypospolitej, jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej aktywnie działał na rzecz rozwoju polskich organizacji społecznych i gospodarczych na Pomorzu. W 1900 r. był głównym organizatorem Centralnego Towarzystwa Rolniczego dla Prus Zachodnich, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości został zastępcą komisarza w polsko-gdańskiej komisji granicznej. Zmarł w obozie Stutthof 7 kwietnia 1940 r. w wyniku zupełnego wyczerpania. „Był wielki. Osobiście na Polsce nie dorobił się ani majętności ani zaszczytów. Siedział na małej parafii w Srebrnikach pod Kowalewem Pomorskim, nie odznaczony odznakami ni kościelnymi, ni państwowymi, lecz był wielki, większy nad wszystkie ludzkie zaszczyty i dostojeństwa. Bogaty w szacunek i miłość ludu pomorskiego, którego był rzecznikiem u tronu Rzeczypospolitej, a orędownikiem Boga” – tak o księdzu Bolcie pisze ks. Wojciech Gajdus.
21 czerwca 1940 r. w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, w kilkanaście dni po przybyciu z obozu Stutthof, został zamordowany 73 letni ks. Leonard Marchlewski, proboszcz parafii w Grzybnie, który podczas przywitania się w obozie Stutthof z ks. Wojciechem Gajdusem, powiedział: „…ja się w domu martwiłem, gdym słyszał, że tylu aresztowano, a po mnie jeszcze nie jadą. Gryzłem się w sobie. Cóż to, czy jestem gorszy? Już się lękałem, że mnie może za Niemca mają, albo za ich pastora. Wreszcie jednak przypomnieli sobie i przyjechali po mnie. Wszyscy mieliby siedzieć, a ja nie? O, to byłby za duży wstyd na moje stare lata”.
Większość aresztowanych księży pomorskich w kwietniu 1940 r. została wywieziona z obozu Stutthof do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Obozem docelowym dla nich był obóz koncentracyjny Dachau. Jednak część z nich swoje życie straciła już w obozie Sachsenhausen. Tu, jak pisze ks. Gajdus: „ W upale letnim znowu pustoszeją nasze szeregi. Umiera na zatrucie krwi, wśród strasznych Bulów, ks. Feliks Burczyk. Na straszną zgorzel płucną kończy młode obiecujące Życie 30-letni ks. Joachim Kąkolewski. Na zapalenia płuc, połączone z ostrym zasłabnięciem serca umiera młody prefekt gimnazjalny ks. Brunon Szymański, odchodzą cichutko obydwaj księża Hinzowie Franciszek i Tadeusz”. Tu też 13 czerwca 1940 r. został zamordowany ks. Robert Wohlfeil, proboszcz z Kłodawy: „Dobici przez Fritza umierają ks. Marian Michnowski, proboszcz z Drzycimia i ks. Robert Wohlfeil z Kłodawy. Obydwaj tygodniami wloką się po obozie z nogami podobnymi do krwawo-żółtych potężnych słupów. Ponieważ obydwaj są silni, obydwaj w pełni wieku męskiego, ma Fritz z nimi trudu nie mało zanim wyprawi ich na tamten świat. Kopie codziennie w obrzmiałe nogi, także krew z ropą tryskają fontanną , każe im robić żabkę i inne skomplikowane skoki. […] Wreszcie po długich dniach mąk już obydwaj pragnęli śmierci, ale organizm, silny jeszcze stosunkowo, nie dopuszczał do siebie tej litościwej wybawicielki cierpień.[…] Przerażeni długim ich mordowaniem z ulgą zobaczyliśmy wreszcie któregoś dnia uspokojone już łagodne ich oblicza”.

Brat ks. Roberta, wikary parafii w Rumii, ks.Edmund Wohlfeil został rozstrzelany w Lasach Piaśnickich, a bratanek obu księży, ks. Ernest Wohlfeil, wikary w Grzywnie koło Grudziądza został zamordowany 20 października 1939 r. w Forcie VII w Toruniu.
Kolejnym miejscem, w którym giną księża z obozu Stutthof jest obóz koncentracyjny Dachu. Tutaj w 1942 r. zamordowani zostali między innymi trzej bracia Prabuccy, ks. Alojzy – 17 lipca, ks. Bolesław - 12 sierpnia, i ks. Paweł – 30 sierpnia. Ks. Bolesław Prabucki zginął w tzw. transporcie inwalidzkim, które formowano z więźniów ułomnych, chorych, starszych wiekiem, niezdolnych do pracy. Wybranych władze obozowe gromadziły w oddzielnych barakach i rozpuszczały pogłoski o wywózce do przytułków dla starców czy skierowaniu do lekkich prac po wioskach i miasteczkach. Faktycznie wywożono ich do komór gazowych w Hartheim, Auschwitz czy Majdanka.
Jeszcze będąc w obozie Stutthof część księży pochodząc z byłego zaboru pruskiego, jak właśnie ks. Robert Wohlfeil, czy ksiądz Paweł Prabucki, który jako poddany cesarza niemieckiego brał udział w I wojnie światowej, kuszeni byli obietnicą zwolnienia z obozu za podpisanie dokumentu przyznania się do narodu niemieckiego. Jednak, jak pisze ks. Henryk Malak: „Złą wybrano metodę! Ofiarowując zwolnienie, domagano się dwu wyrzeczeń: narodowości oraz kapłaństwa. A ten ostatni motyw jednak był silny, silniejszy nade wszystko. Na tysiące kapłanów polskich, jacy cierpieli za drutami obozów, nie widziałem ani jednego, który by pod kuszącymi obietnicami zaparł się był kapłaństwa i polskości”.

(oprac. na podst.: Ks. Wojciech Gajdus, Nr 20998 opowiada”; O. Henryk Maria Malak, Klechy w obozie śmierci; Józefa Krośnicka - "Wspomnienie o księdzu Robercie Wohlfeilu".
dd, ach,wl )