Portret prof. Jana Rostafińskiego

Portret prof. Jana RostafińskiegoWieczorem 24 maja 1944 r. do obozu koncentracyjnego Stutthof przywieziono 859 osobową grupę Polaków z więzienia na Pawiaku (cały transport otrzymał numery od 35 417 do 36 275). Większość byli to młodzi ludzie aresztowani za dywersję, posiadanie broni, przynależność do AK, za wywiad i łączność radiową z Anglią, za budowę nadajników radiowych.
W grupie więźniów aresztowanych za działalność w AK znajdował się między innymi Michał Issajewicz, pseudonim Miś, kierowca grupy biorącej udział w zamachu na Kutscherę, o czym władze obozowe prawdopodobnie nie były poinformowane. Jak w swoich wspomnieniach pisze W. M. Akimow: „Początkowo grupa ta [członkowie AK przywiezieni z Pawiaka] była przeznaczona na zagładę i żeby nie ginąć od wystrzału w tył głowy, zaczęła przygotowywać powstanie. Sztab tego powstania zaczął rozmowy z Rosjanami [jeńcami radzieckimi, którzy za organizowanie działalności ruchu oporu w obozie jenieckim, zostali przeniesieni z obozu Hammerstein (Czarne) do obozu koncentracyjnego Stutthof], ażeby zorganizować go wspólnymi wysiłkami. […] Dla przeprowadzenia rozmów z radzieckimi kolegami byli wyznaczeni dwaj polscy więźniowie – Grzegorz Zalewski i Michał Issajewicz. […] Właśnie po tych rozmowach grupa [polsko – rosyjska] zaczęła aktywnie przygotowywać się do powstania. Przygotowanie polegało na zestawieniu dokładnego rozkładu zmian posterunków, wywiadu co do ilości posterunków, sporządzenie planu obozu i jego okolic, gromadzeniu palnej i białej, własnego wyrobu, broni, które zbierało się fragmentarycznie, kradnąc je z warsztatów. Jednak wkrótce po tym, kiedy przyszedł rozkaz z Berlina, ażeby nie rozstrzeliwać uczestników Armii Krajowej […] polski sztab powziął decyzję, ażeby wstrzymać przygotowanie do powstania, ponieważ uważał on [polski sztab], że w przeważającej części więźniowie Stutthof zostaliby zgładzeni w wyniku powstania”.
W grupie więźniów z Pawiaka przybyli też znani przed wojną naukowcy polscy, a jednym z nich był zootechnik, organizator hodowli bydła, trzody chlewnej i owiec w Polsce, po wojnie profesor SGGW w Warszawie, Jan Rostafiński. Jan Rostafiński był synem jednego z najwybitniejszych popularyzatorów biologii w Polsce, Józefa Rostafińskiego, botanika, humanisty, długoletniego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, dyrektora Ogrodu Botanicznego”. Prof. Rostafiński aresztowany został jako zakładnik za synów, żołnierzy AK.
Już w pierwszych dniach pobytu w obozie, podczas trwania kwarantanny transportu warszawskiego, prof. Rostafiński potrafił przeciwstawić się nawet więźniom funkcyjnym, którzy zbyt „gorliwie” wykonywali swoje obowiązki: „Podczas maszerowania dziesiątkami naokoło bloku śpiewaliśmy najmilsze nam piosenki, jak „Zakochane serce”, „Szturmówkę”, starając się „trzymać fason”. Zmęczeni tym łażeniem w kółko, po paru godzinach marzyliśmy o chwili, kiedy się Emilowie i Francowi [Emil Bilkovsky – blokowy Bloku XIX i Franc Marciniak – pisarz blokowy], wreszcie to znudzi i wrócimy na blok. Musztry uczono nas po niemiecku. Szczególnie męczono nas wykonywaniem po kilkadziesiąt razy „Mützen ab” i „Mützen auf”. Te ćwiczenia gimnastyczne i marsze nie były specjalnie uciążliwe dla ludzi młodych, lecz gorzej było z ludźmi w podeszłym wieku. Toteż prof. Rostafiński starał się usilnie o zwolnienie starszych wiekiem więźniów od tych męczących ćwiczeń, co mu się wreszcie, po kilkakrotnym proszeniu Marciniaka, udało” (K. Dunin-Wąsowicz).
Profesor Rostafiński, jak podkreślają więźniowie, zawsze pełen humoru i życia, nigdy nie załamujący się, w krótkim czasie stał się jedną z najpopularniejszych postaci w obozie. Słynne stały się jego pogadanki i odczyty, które innych więźniów podnosiły na duchu. „Byliśmy na bloku XV, sztubie A. Tam był między innymi prof. Rostafiński, on wieczorem miał wykłady. […] Mówił na rozmaite tematy, opowiadał o Azji, o Bałkanach i o rozmaitych innych swoich podróżach”, tak wspominał profesora Zbigniew Giezek. Ale też naukowo i z humorem: „dowodził słuchaczom na przykład: dlaczego do flaków należy pić wódkę i jak jeść jedzenie obozowe , aby wyciągnąć z niego jak najwięcej korzyści” (Wiktor Ostrowski).
Swoją postawą zyskał sobie przychylność wszystkich więźniów. Stał się też bohaterem jednej z napisanych przez więźnia z tego samego transportu, Wiktora Ostrowskiego, obozowej piosenki, w której ostatnia zwrotka ukazuje całą postawę profesora:
„Zdziwiły się wszystkie stany
I Laiki i łachmany,
Że profesor taki znany
Tu w Stutthofie z nami siadł…
Wielkim dla nas jest honorem,
Że z pogodą i humorem
W życiu więźnia zwykłym torem
Twardy chleb on z nami jadł”.
W październiku 1944 r. powstał również jego portret, namalowany przez jednego z więźniów KL Stutthof i podarowany Muzeum Stutthof w 1976 r.
Inni, jak tylko mogli, także pomagali prof. Rostafińskiemu w przetrwaniu. Pracujący w obozowym ogrodnictwie Wacław Guzowski wspomina, że: „w ogrodnictwie pracował też między innymi profesor Rostafiński. […] Gdy dostał się pod moją opiekę, to wyrywał trawę, która rosła wśród drutów, ale jednocześnie dostał nasiona trawy, żeby móc jak najdłużej pracować – to była bardzo spokojna praca”.
Profesor Rostafiński został ewakuowany z obozu w styczniu 1945 r., dalej udzielając pomocy innym w trudnych chwilach w trakcie „Marszu Śmierci”. Bronisław R. Kubicki wspomina, że: ”W czasie marszu trzymaliśmy się razem – prof. J. Rostafiński, kolega Knopkiewicz i ja. Koledzy moi starali się w miarę możliwości pomóc mi, gdyż wiedzieli, że gonię ostatkiem sił. Nadeszła koszmarna noc 29 stycznia 1945 r. […] Wszystko koło mnie wydawało się już jakieś dalekie, nierealne. Zmysły przestawały działać. […] Chwilowo traciłem zupełnie przytomność, ale nogi szły dalej, coraz wolniej, ale szły. […] Uświadomiłem sobie, że jestem zupełnie na końcu kolumny więźniów i równocześnie ujrzałem esesmana z psem, który zdejmował karabin i mierzył już we mnie. […] Moi towarzysze niedoli […] podążyli naprzód. Zrównałem się z nimi. Ujrzałem Rostafińskiego i Knopkiewicza i jeszcze zdążyłem im powiedzieć, koledzy, to już chyba koniec ze mną – zemdlałem. […] Stopniowo odzyskiwałem przytomność. […] Usłyszałem głos prof. Rostafińskiego <- ależ on już nie żyje ->. Stopniowo zacząłem rozróżniać poszczególne przedmioty. […] Usłyszałem już zupełnie wyraźnie głos Rostafińskiego - <- kolega żyje, a ja już myślałem, że na próżno wlekliśmy Pana z Knopkiewiczem taki kawał drogi. Jesteśmy w kościele w Strzepczu ->. […] I znów usłyszałem znajomy głos - <- kolego Romanie, mam jeszcze jedną kostkę cukru, niech ją Pan przełknie ->”.
Profesor Jan Rostafiński wraz z kolumną więźniów został wyzwolony w marcu 1945 r. w Pucku.

(dd)