Kartka Świąteczna


Beznadziejna sytuacja skłaniała nas do zwracania się do sił nadprzyrodzonych, do Boga. Pierwsze nasze wspólne pieśni religijne, śpiewane szeptem, podnosiły na duchu i wyrabiały pewną wspólnotę.

Helena Jarocka - harcerka osadzona w obozie w 1944 r.

Uroczystości religijne były w obozie koncentracyjnym zabronione. Tym niemniej przebywający w obozie kapłani odprawiali Eucharystię i udzielali sakramentów, a więźniowie organizowali zakazane przez władze obozowe święta religijne.


Puch śnieżny otulił całą ziemię. Czarne baraki obozu jakby wtulone w miękkość śniegową chciały ukryć przed oczami ludzkimi nędzę, tęsknotę, głód i rozpacz. Parę metrów od baraków miarowo skrzypiały buty wachlującego postna. Plamy światła padającego od latarń grały barwnymi gwiazdkami i raziły spłakane źrenice. Gwiazdka! To święto radości! To święto rodzin. Ale w naszych sercach nie było radości chociaż na usta cisnęła się kolęda, by ją zaśpiewać tak głośno, tak całym zbolałym sercem, aby to maleńkie wszechmocne Dzieciątko usłyszało i zlitowało się nad naszą dolą. Trzeba usta zacisnąć i łzami się dławić, bo śpiewać nie wolno po polsku, ani nawet nie było wolno głośno mówić ojczystym językiem. Bo gdyby usłyszano albo doniesiono naszym władzom, to by skończyło się bolesnymi batami.
Izba o tyle przybrała świąteczny wygląd, że na środku stołu stało maleńkie drzewko przystrojone cackami zrobionym z opakowania od sera. Na ile widok drzewka jakimś bolesnym skurczem ścisnęło się serce. Po co? Po co jeszcze to? Po co to drzewko, które przypomina nam dom, matkę ojca, rodzeństwo? Oni tam gdzieś, daleko w cieple domowego ogniska też myślami są przy nas, ale na pewno nikt nie wyobraża sobie, jaką jest Gwiazdka w obozie.
Praca trwała normalnie do 17-tej. Apel wieczorny i kolacja wigilijna, składająca się z kubka czarnej gorzkiej kawy i kawałka chleba z marmoladą, skropioną rzęsiście łzami. Ktoś zaintonował: ”Stile nacht” i parę niepewnych głosów zaczęło dalej śpiewać. Ale to nie była nasza kolęda, więc się gdzieś rozpłynęła bez echa, może pozostawiająca jedynie niesmak. Po tej sutej kolacji każda z nas poszła się położyć, ażeby być samą ze swoimi myślami i móc choć w myślach przesłać naszym ukochanym życzenia, ażeby móc w wyobraźni odtworzyć sobie stół wigilijny, a przy nim tych, wśród których brakuje każdej z nas, spośród których wyrwano nas, wydarto zbrodniczą ręką i rozrzucono za druty na pryczę, w duszną zatłoczoną i cuchnącą izbę, gdzie tylko myśleć było wolno, bo nawet mówić zabroniono. Zaczyna się w nas coś buntować, sprzeciwiać zakazom. I kilka z nas postanawia chociaż półgłosem zanucić kolędę. Ale czy nam się to uda? Czy ktoś nie zdradzi? Niech się dzieje co chce, niech nas nawet obiją tak, żebyśmy się ruszać nie mogły, ale musimy dać – choć w części – upust naszym uczuciom i choć tylko jedną kolędę zaśpiewamy. Jezusek na pewno usłyszy nas. W jednym końcu izby przy rozpalonym piecu zebrała się rada: jak to zrobić, jak urządzić. Uradziłyśmy wtedy, kiedy już wszyscy pójdą spać, urządzimy pasterkę. A więc za godzinę. Któraś przyniosła ogarek od świecy, a więc będzie i świeczka na naszą choinkę.
Wszystko już było uplanowane i uzgodnione, więc czekamy z bijącymi sercami, aż wszystkie usną. Wtem słychać pod oknami skrzyp śniegu, po chwili szybkie szarpnięcie drzwi i do izby z mroźnym powietrzem w tumany pary wszedł blockführer zwany przez nas „Bombą” ze względu na swój okazały wzrost i potężną tuszę, no i ściśle eksplozyjne uderzenie. Izbowa stanęła na baczność w nocnej bieliźnie meldując stan izby. Na zapytanie, czy wszystko jest w porządku, izbowa odpowiedziała: ”tak jest”, ale z miejsca dostała silny policzek, od którego się zatoczyła. Okazało się, że jedna para drewnianych trep o 10 cm za głęboko była wsunięta pod łóżko. […]
Wizyta ta nie przeszkodziła nam, zrealizować uplanowaną pasterkę. Kiedy usłyszałyśmy trzaśnięcie furtki byłyśmy pewne, że nasz „wychowawca” już wyszedł z obrębu obozu i zobaczymy go dopiero jutro rano po dzwonku budzącym nas do nowego dnia pracy w chłodzie, głodzie i pod bolesnymi ciosami: że wróci przywitać nas knyplem za źle ustawioną szklankę ze szczotką do zębów. […]
Ale do rana jeszcze daleko, a to już się północ zbliża, więc wtajemniczone wzięły koce, które trzymając w rękach zasłaniały okna; jedna zestawiła choinkę na podłogę, osłoniła ją kocem, inna uroczyście zapaliła ogarek świecy i cichutko popłynęła modlitwa wyrażona w polskiej kolędzie „Bóg się rodzi, moc truchleje…".

Maria Pitera (numer obozowy 12 319) - Wigilia 1941 r.


W dzień Wigilijny […] przed południem cały obóz pracował normalnie. Po obiedzie orkiestra została na bloku. Przygotowania do koncertu świątecznego, który o tej porze odbywał się na blokach, w kolejności z góry zaplanowanej. […] Od samego rana rozpoczęło się rozdawanie paczek, które przysłali najbliżsi. […] Wieczór Wigilijny upłynął pod znakiem rozpamiętywania. Znalazły się nawet opłatki, przysłane w paczkach, którymi dzielono się ze łzami w oczach. […] Kameralne zespoliki orkiestralne, potworzone ad hoc, wykonały parę kolęd, „Bóg się rodzi”, „Wśród nocnej ciszy”, „Anioł pasterzom mówił”, na tym właściwie zakończył się z dawna oczekiwany wieczór wigilijny.

Jerzy Orłowski (numer obozowy 20 890) - Wigilia 1944/45


Kiedy przebywałem jeszcze w baraku nr 2, w Wigilię Bożego Narodzenia, w ścisłym kółku zgromadziliśmy się w pokoju technicznym. Na stole ustawiona była maleńka choinka ubrana w papierki, a pod nią małe klocki drewna, imitujące prezenty. Śpiewaliśmy cicho kolędy.

Antoni Góralczyk (numer obozowy 3 921)